Spis treści

 

 

Wprowadzenie

 

1.      Drzewo genealogiczne Wałęsów

2.      Maciej Wałęsa 1820 – 1879

3.      Jan Wałęsa 1871 – 1944

4.      Dzieci Jana i Agnieszki Wałęsów:

4.1. Jan Wałęsa 1903 – 1996

4.2. Wojciech Wałęsa 1903 - 1975

4.3. Stanisław Walesa 1906 - 1996

4.4. Agnieszka Walesa 1908 - 1933

4.5. Marianna Walesa 1914 – 2008

4.6. Czesław Walesa 1915 - 1975

4.7. Jadwiga Walesa 1917 - 2005

5.      Zakończenie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

              I żadna łza, i żadna myśl, i chwila, i rok

              Nie przeszły, nie przepadły, ale idą wiecznie.

 

                                                    C. K. Norwid


 

      Wprowadzenie

 

Niniejsze opracowanie stanowi swoistą genealogię rodu Wałęsów z Wielkopolski. Wszystkie osoby z tego rodu nazywamy Wałęsami, choć nazwisko Wałęsa od początku XX wieku uległo zmianie na Walesa.

Genealogia (z gr. rodowód) oznacza naukę o pokrewieństwie i powinowactwie między ludźmi. Wyniki badań genealogicznych zostały w niniejszej pracy przedstawione w formie tablicy rodowodów, metryk, komentarza geograficzno – historycznego i narracji niektórych osób na temat fragmentów ich własnej biografii.

Osoby z rodu Wałęsów prowadziły życie ciche, szare, pracowite i pożyteczne dla otaczającej społeczności. Spójrzmy na ich życie z szacunkiem, posiłkując się mądrymi i pięknymi słowami poetów i mędrców.

*  *  *

Wspina się człowiek po drabinie lat. Wspinają się pokolenia – w geście pożegnania osób przechodzących przez bramę wieczności i powitania osób wchodzących w nasz świat.

Płaszczem utkanym z włókien miłości otulamy tych, którzy jeszcze są wśród nas, ale już odchodzą.” (J. M. Lustiger), a także czule przytulamy tych, którzy na ten świat przychodzą.

Wśród Wałęsów nie zanotowaliśmy częstych przejawów czułości, gdyż Wałęsa to człowiek, który się wałęsa, włóczy się, który musi się tułać, gdyż nie ma stałego miejsca na ziemi. Niektórzy Wałęsowie po latach nędzy i ciężkich zmagań osiągnęli względnie wysoką pozycję społeczną i zamożność. Wałęsowie przechodzili przez okres próby egzystencjalnej, podczas której miłość wyrażała się oddawaniem życia, a na przytulanie brakło sił i czasu.

Niemal każdy z Wałęsów może powtórzyć za Norwidem:

Nie Bóg stworzył p r z e s z ł o ś ć, i śmierć, i cierpienia,

Lecz ów, co prawa rwie.

Tu przeszłość i cierpienia kojarzą się ze stratą i daremnością. Przeciętny Wałęsa z dawnych pokoleń nie miał sprecyzowanego szczęścia osobistego – z powodu braku stałego miejsca na ziemi, zadawalających zasobów i ugruntowanej tożsamości rodowej. Obrazują to trafnie słowa poety:

Trzeba nic nie mieć prawdziwie,

Żyć tylko tym, że się żyje,

By dłoń wyciągnąć łapczywie

Po takie szczęście niczyje!                                    B. Leśmian

 

Ród Wałęsów doświadczył wojny światowej 1914 – 1918, wojny bolszewickiej 1920 r., drugiej wojny światowej 1939 – 1945, zsyłki na Sybir od 1940 r. i wielu innych kataklizmów. Niektórzy ginęli, ale większość przetrwała – przechodząc przez morze cierpienia i udręki. Można to ująć słowami Norwida:  

O, dzięki Tobie za  P a ń s t w o - boleści,

I za męczeńskich – k o r o n rozmnożenie,

I za wylaną czarę  s z l a c h e t n o ś c i

Na lud, któremu imię jest - cierpienie –

I za otwarcie bram... nieskończoności.

 

Powrót Wałęsów do Polski po drugiej wojnie światowej (podobnie jak innych zesłańców) nastąpił na Ziemie Odzyskane, gdzie często występowało bolesne zderzenie rzeczywistości oczekiwanej z zaistniałą, która okazywała się nędzna i niewystarczająca do normalnego życia. Byliśmy wtedy w Polsce, gdzie przeżyte cierpienia były przemilczane. Ujmują to słowa Norwida:

... gdzie są  b e z m o w n e cierpienia,

Są wniebogłosy ... bo są – przemilczenia ...

 

Ale i w tych trudnych warunkach życie szło do przodu. Rozkwitała miłość między kobietami i mężczyznami – rodziły się dzieci. Ludzie z rodu Wałęsów są osobami ciężkiej i uporczywej pracy – najczęściej pracy fizycznej. Roztkliwianie się nad sobą i innymi jest dla nich obce. Dlatego też prezentacja kolejnych pokoleń odbywa się bez szczegółowego wnikania w procesy i stany przeżywania poszczególnych ludzi. Norwid wyraził to słowami:

I wiesz – żem Ciebie nie dotknął inaczej,

Tylko znad – szczęścia, tylko znad rozpaczy.

 

Z czasem codzienne bytowanie nabierało barw głęboko egzystencjalnych. Praca przynosiła owoce i określone spełnienie. Chrzciny i śluby dzieci powodowały swoiste zatrzymanie się w biegu i przeżycie szczęścia. Tę sytuację można by wyrazić słowami Cz. Miłosza:

O słońce, o gwiazdy, mówiłem, święty, święty, święty, byt nasz podniebny i dzień, i wieczne obcowanie.

 

Dni i noce, trud i świętowanie ulegały stopniowej normalizacji, a życie uzyskiwało coraz wyższą jakość. Ludzie wychodzili z poczucia, że są instrumentami w jakimś nieludzkim systemie i kształtowali w sobie przekonanie, że stają się podmiotami, a więc osobami, które autonomicznie myślą, decydują i doświadczają z przejawami zachowań autotelicznych, czyli takich, które same w sobie są celem, jak. np. modlitwa, liturgia, niektóre formy zabawy, miłości, itp. Wyrażają to słowa Norwida z jego wiersza „Mój psalm”:

Ta jest modlitwa ma - i ten interes,

Żeby raz ludzkość weszła do okresu,

Który jej z dawna należy się logicznie,

Gdzie już żadnego nie ma interesu

I gdzie już nic nie robi się praktycznie.

 

Proces upływających dni i nocy, trudu i świętowania nie kończy się dla Wałęsów ani w określonym dniu, ani wraz z określonymi osiągnięciami życiowymi. Norwid wyraził to słowami uwzględniającymi szeroką perspektywę egzystencjalną:

O! nie skończona jeszcze Dziejów praca

Nie – prze – palony jeszcze glob, Sumieniem!

 

Proces ten kształtuje formę drogi życia z określonym celem, tempem postępowania i środkami do realizacji szczegółowych celów. Przy odpowiednim zmaganiu i przyjętej pomocy z góry, wszystko to przebiega pomyślnie, ale niekiedy ulega załamaniu. Ilustrują to słowa Norwida:

Bo w górze – g r ó b  j e s t  I d e o m człowieka,

W dole – g r ó b  c i a ł u;

I nieraz  s z c z y t n e  wczorajszego wieka,

Dziś - tyczy kału...

 

Według Norwida „Prawda się r a z e m  d o c h o d z i  i  c z e k a!”, co w przypadku Wałęsów, osiedlonych po wojnie na Ziemiach Odzyskanych, sprowadzało się do prawdy egzystencjalnej, w której sprawą centralną była wiara religijna i pełny system światopoglądowy. Cierpliwe dochodzenie do prawdy odbywało się w czasie różnych liturgii, rekolekcji, katechez i spotkań. Wykazywała ona formą swoistego czekania w czasie przyswajania zdobytych informacji oraz aktywności własnej typu modlitwa, rozmyślanie i poszukiwanie odpowiednich wiadomości. A to wszystko odbywa się w kraju, gdzie według Norwida „każdy czyn za wcześnie wschodzi, ale, książka – każda ... za późno!

Niewiele osób spośród ludzi Wałęsów ukończyło studia wyższe lub coś opublikowało. Nie znaczy to jednak, że osoby te nic nie wniosły do kultury. Remontując otrzymane mieszkania, budując nowe domy, wychowując swoje dzieci, biorąc udział w różnych wspólnotach świeckich i religijnych – wrzucają mniejsze lub większe cząstki do kultury polskiej, a pośrednio do światowej. W dziedzinie udziału w kształtowaniu kultury własnego środowiska, stosownie do posiadanych zasobów i ogólnych możliwości – należałoby według słów Norwida „wszystko postawić na właściwym miejscu i otworzyć okno – pozostawiając resztę światłu i czasowi – nic więcej!” Kobiety i mężczyźni z rodu Wałęsów pracujący na roli lub na kolei w ochronie mienia lub w drużynie remontowej, lub jako nauczyciele w szkole podstawowej, średniej i wyższej – byli świadomi swoich uwarunkowań, ograniczeń i niemożności. Zmuszało to do pozostawienia spraw istotnych „światłu i czasowi”.

W sprawie udziału Wałęsów w życiu społecznym i w kształtowaniu kultury własnego środowiska – możemy przytoczyć słowa L. Staffa „Wiem, że nigdy całej treści nie wyrażę.” i słowa J. Iwaszkiewicza „To myśl moja zmęczona goni ciebie, człowieku.” Bowiem dotyczą one treści bardzo subtelnych i trudnych do nazwania i wypowiedzenia czy wyrażenia, a przecież tak ważnych.

Podjęta próba przedstawienia życia lub jego fragmentów osób z rodu Wałęsów, a także całych pokoleń – rodzi poczucie niedosytu, niespełnienia i braku kompletności. Możemy to wyrazić słowami A. Błoka „Jakby nie dopowiedziano czegoś, co wciąż brzmi, a brzmi.” Wymaga to bowiem wczucia się i przyjęcia perspektywy poznawczo – uczuciowej poszczególnych osób. A tę myśl oddają słowa Norwida „Rozum tylko ten, co pieśń wytrzyma.” Czysta racjonalność musi być wzbogacona przenikliwością metafory i bogactwem zawartym w pieśni. R. Brandstaetter pisze w tej sprawie „Nasze myśli rzucają coraz dłuższy cień.” A B. Pasternak w formie jakby rady i zachęty pisze:

We wszystkich rzeczach dotrzeć muszę

Do ich istoty ( ... )

Do sedna czasu ubiegłego,

Do jego rdzenia,

Do przyczyn, sensu najgłębszego,

Aż do korzenia.

 

Większość osób z rodu Wałęsów żyła na wsi, ale po powrocie z Syberii osiedlali się również w miastach. We wnętrzu często im grały nuty w rodzaju pieśni A. Błoka:

Nad polem płynie niski dym,

Szarawą płynie smugą,

I nasze oczy płyną z nim

Za żurawiami długo. ( ... )

O biedna, ma ojczyzno, znów

Dla serca tyle znaczysz!

O biedna żono moja, mów,

Nad czym tak gorzko płaczesz.

 

Wałęsowie na ogół byli ludźmi twardymi, cierpliwymi, wytrwałymi i odpowiedzialnymi. Ich żony jednak jako osoby bardziej wrażliwe i często głębiej ujmujące życie – często płakały w sytuacjach, które wydawały się beznadziejne i raniące najbliższych. We wspomnieniach Wałęsów często pojawia się smutek i poczucie doznanej krzywdy, a niekiedy także żal z powodu popełnionych błędów i straconego dobra. L. Staff wyraził to słowami:

Lecz gdy mi wspomnień dzwon dziś dzwoni,

Stary żal moim jest dzwonnikiem.

 

Z powodu zsyłek i trudnych warunków życia wielu Wałęsów nękały nieuleczalne choroby. Osoby takie nie troszczyły się jednak należycie o siebie, nie odwiedzały lekarza i często zachowywały się tak, jak gdyby były zdrowe. Emilia Walesa umierająca na rozległy zawał serca – dopiero wtedy dowiedziała się, że z jej sercem było coś nie w porządku od wielu lat.

L. Staff wyraził tę strategię słowami „To nasz zysk, co ukradkiem ( ... ), gdy ból nie na straży.”

Osoby naznaczone wielkim cierpieniem wytrwały w tym do końca. Wśród Wałęsów nie wystąpiło zdarzenie odebrania sobie życia – zgodnie ze słowami Cz. Miłosza:

Bo z życia, które tobie dano,

Magiczną nie uciekniesz bramą.

 

Niektóre osoby spośród Wałęsów przeżywało, a niektóre z nich nadal przeżywają konflikty o różnej wadze i natężeniu. Najtrudniejsze spośród tych konfliktów dotyczą rozpadu małżeństwa i rodziny. Ujmują to słowa K. Wierzyńskiego:

Wszystkie strony świata otwarte,

A wyjścia z żadnej.

 

Osoby z rodu Wałęsów trwają w nieustannym poszukiwaniu swego miejsca na ziemi. Używając słów St. Piętaka powiemy „I my będziemy w rozświetlonej dali, trwalszych miejsc w świecie dla siebie szukali.

To poszukiwanie miejsc w świecie niekiedy dotyczyło obcych krajów, np. Francji (Wojciech Walesa), czy Anglii (Stanisław Walesa), różnych nawet odległych miast, np. Gdańska czy Lublina dla mieszkańca Jeleniej Góry (Czesław, syn Jana2), miast w pobliżu miejsca zamieszkania, np. Świeradów (Maria, córka Jana2), a nieraz była to szkoła niezbyt odległa od własnego mieszkania. Jednak po ukończeniu szkoły następowała wędrówka w poszukiwaniu atrakcyjnej pracy. Poszukiwane miejsce niekiedy znajdowało się tuż, tuż, a mogło nim być dotychczasowe mieszkanie, przemienione przez jakieś ważne lub życiowo doniosłe wydarzenie, np. związek małżeński czy udany biznes, ulokowany we własnym mieszkaniu. Poszukiwanie trwalszego miejsca w świecie jest uwarunkowane określona potrzebą, pragnieniem, marzeniem, czy po prostu zaistniałą sytuacją, a za tym musi stać wielka cierpliwość i wytrwałość. Część tej prawdy oddają słowa L. Staffa:

Zaprawdę granitową trzeba być kolumną,

Aby udźwignąć choćby swe własne marzenia.

 

Wyrażenie „własne miejsce na świecie” bywa metaforą stanu społecznego, pracy zawodowej, satysfakcjonującej relacji międzyludzkiej i innej struktury życiowej. Szukanie lepszego miejsca w świecie często prowadzi do frustracji i cierpienia. Nowe bowiem miejsce niekiedy okazuje się pod wieloma względami gorsze. I trzeba jakoś żyć dalej. Taką i podobną sytuację L. Staff ujął w następujące słowa:

W tym jest dzielność naszej pogody junaczej:

Żyjem jakby było inaczej, inaczej.

 

Słowa te dotyczą także takiej sytuacji, do której ktoś został wtrącony – wbrew własnej woli. Nie cieszy się tą sytuacją, ale cierpi i – żyje. I paradoksalnie może wtedy zaistnieć rzeczywistość opisana słowami W. Bąka:

I coraz więcej w sercu śpiewu,

I coraz więcej w nim zachwytu.

 

Niekiedy jednak jest to rzeczywistość opisana słowami B. Pasternaka:

Jesteśmy w odwiecznym prawzorze ci sami –

Na uczcie platońskiej w czasie dżumy i snu.

 

Pomyślnemu poszukiwaniu swego miejsca na świecie może towarzyszyć zwycięstwo lub sukces. Różnicę między nimi sformułował Norwid:

Z w y c i ę s t w o  w y t r z e ź w i a  l u d z k i e  s i ł y,

Gdy Sukces, i owszem ... rozpaja!

 

Sukces może być osiągnięty na drodze ślepego przypadku i szczęścia albo przebiegłą i nieuczciwą kalkulacją. W poszukiwaniu metaforycznego miejsca na ziemi, jakim bywa dokonanie czegoś – człowiek może nie nadążyć, a całość może okazać się klęską. Wyrażają to słowa Norwida „Bo pieśń nim dojrzy, człowiek nieraz skona.” Ważna jest również hierarchia działania, która jest odbiciem hierarchii wewnętrznej. Norwid przedstawia to metaforycznie:

Głos brzmi w twej piersi: „P o s t r a d a ł e m  E d e n!”

Głos brzmi nad tobą: „P r a c u j  z  p o t e m  c z o ł a.”

Nie! – pracą pierwszą jest: umysłu – stałość!

Z wypowiedzi tej wynika, że w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi może człowieka nie ocalić ani tzw. szczęście (Eden), ani usilna praca.

 

Wśród Wałęsów niektórzy potrafią pojęciowo i słownie ująć prawdę, dobro i piękno, inni zaś postępują tak, jak mówi L. Staff

Najpiękniej bowiem jest, kiedy

Piękna nie czuje się zgoła

I tylko jest się, po prostu

Tak, jak jest wszystko dokoła.

 

Osobom z rodu Wałęsów na ogół obcy jest narcyzm i egoizm w formie destrukcyjnej i dlatego potrafią oni solidaryzować się i utożsamiać nie tylko z osobami najbliższymi, ale z tym wszystkim, co jest dookoła. Niektóre osoby poszły w młodości na całość w dziedzinie ofiarowania się poprzez modlitwę i ewangelizację. Marianna, córka Jana1 wstąpiła do zakonu i żyła tam 6 lat. Z powodu jednak braku odpowiedniego zdrowia nie mogła iść dalej. Czesław, syn Jana2 odbył w seminarium duchownym 6-letnie studia połączone z kapłańską formacją. Jednak święceń kapłańskich nie otrzymał z powodu braku zdrowia. Emilia Walesa wstąpiła do trzeciego zakonu franciszkańskiego. Wytrwała tam do końca swego życia i została pochowana w brązowym habicie przepasanym białym zakonnym sznurem (co widać na zdjęciu na str.45).

 


 

 

1.                  Drzewo genealogiczne Wałęsów

 

W „Historii rodu Wałęsów z Wielkopolski” opisano ród Wałęsów wywodzący się od Macieja Wałęsy (1820 – 1879) z okolic Raszkowa powiat Odolanów (obecnie powiat Ostrów Wielkopolski).

 

Drzewo genealogiczne Wałęsów.

 

W czasie życia Macieja Wałęsy Wielkopolska tworzyła Wielkie Księstwo Poznańskie i należała do zaboru pruskiego. Początkowo Księstwo Poznańskie miało dużą autonomię. Namiestnikiem Księstwa był Antoni Radziwiłł (1775 – 1833), spowinowacony poprzez żonę z pruskim dworem. W 1823 roku dekretem króla pruskiego w Wielkopolsce została zniesiona pańszczyzna i nastąpiło uwłaszczenie chłopów. Po powstaniu listopadowym (1830) i Wiośnie Ludów (1848) rozpoczęła się stopniowa likwidacja polskiej autonomii oraz proces germanizacji. Do szkół wprowadzono język niemiecki, w urzędach zatrudniano coraz więcej osób pochodzenia niemieckiego, na wieś sprowadzano osadników z Niemiec. Apogeum germanizacji nastąpiło po zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku, działała wówczas Komisja Kolonizacyjna, Hakata i Kulturkapmf.

 

Niemiecka mapa Wielkopolski z 1870 roku. Miejscowości w których mieszkali pierwsi Wałęsowie: Drogosław, Dąbrowa, Głogowa (1871–1879); Skrzebowa, Jelitów, Jaskółki (1880–1905); Pruślin, Kamienice (1911–1922).

Miejscowości w Polsce w których mieszkali Wałęsowie i ich dzieci:

Raszków i okolice,

Jarniewo,

Sokołów Podlaski,

Jelenia Góra,

Wronów,

Huta Szklana,

Malbork.


 

Raszków i jego okolice w pierwszej połowie XIX wieku należały do powiatu odolanowskiego, do którego należał również Ostrów Wielkopolski. Część władz i instytucji powiatowych mieściła się w Odolanowie, a część w Ostrowie. W 1887 roku władze niemieckie podzieliły powiat odolanowski na dwa powiaty: odolanowski i ostrowski. W skład powiatu odolanowskiego weszły cztery gminy. Jedną z nich była gmina Raszków składająca się z 19 miejscowości: Drogosław, Janków Zaleśny, Jaskółki, Jelitów, Lewkowiec, Łąkociny, Moszczanka, Niemajowiec, Pogrzybów, Przybysławice, Raszków, Raszkówek, Rąbczyn, Szczurawice, Skrzebowa, Sulisław, Walentynów. Do gminy należały również dwa obszary dworskie: Łąkociny i Zalesie.

Opis: E:\E-GENEALOGIA_J_W_Ć-N_T-K_S-K\Genealogia WALESA\ze Słownika Geograficznego\Raszków.jpg

Kościół w Raszkowie wybudowany w 1886 roku. Stary, drewniany kościół spłonął w 1882 roku.

 

Nazwisko Wałęsa wywodzi się od słów: wałęsać się, włóczyć się, tułać. Takie nazwisko było nadawane w XVIII wieku ludziom bez ziemi, parobkom i służącym, przemieszczającym się pomiędzy wsiami, folwarkami i dworami w poszukiwaniu pracy. W Wielkopolsce oraz w sąsiednich regionach nazwisko Wałęsa powstało w kilku miejscach niezależnych od siebie, więc osoby o tym nazwisku nie tworzą jednego rodu.

Poniższa tabela zawiera główne dane dotyczące najstarszych osób z drzewa genealogicznego (uwaga: dwóch Wałęsów, ojciec i syn mieli to samo imię Jan, więc pierwszy występuje jako Jan1 drugi - jako Jan2).


 

2.                  Maciej Wałęsa 1820 - 1879

 

Maciej Wałęsa urodził się około 1820 roku i jest najstarszym znanym przodkiem (protoplastą) rodu Wałęsów z parafii Raszków. Nie udało się odnaleźć metryki urodzenia Macieja i nie są znani jego rodzice. Losy Macieja aż do 50. roku życia, czyli do 1870 roku, nie są znane. W 1870 roku Maciej zawarł związek małżeński z Teklą Głód z domu Broda.

 

Metryka ślubu Macieja (Matthaeus) Wałęsy i Tekli (Thecla) Głód z domu Broda z 1870 roku. Świadkami na ślubie byli Michał Nowak i Michał Madyński. Ślubu udzielił ks. Kazimierz Jagielski w kościele parafialnym w Raszkowie.

 

Maciej w dniu ślubu mieszkał w Dąbrowie koło Drogosławia w parafii Raszków. W metryce jest określony jako „famulus”, co oznacza parobek, służący. Żona Tekla Głód z domu Broda miała 39 lat, mieszkała we wsi Głogowo 2 km od Dąbrowy i była wdową (vidua). W metryce ślubu Macieja i Tekli nie ma rubryki „Rodzice zaślubionych” co, przy równoczesnym braku metryki urodzenia Macieja, nie pozwala na poszerzenie drzewa genealogicznego o dawniejszych przodków Wałęsów. Jest natomiast rubryka „Zgoda rodziców lub opiekunów” (Consensus parentum et tutorum), w której zanotowano: „Cons. jud. Ostroviensis 5/1 70 IIa 577 et jud. Krotosziniensis 27/1 70 IIA 1072”. Skrót „Cons. jud.” oznacza „Consent judicium” („Zgoda sądowa”). Maciej musiał więc uzyskać zgodę sądu na zawarcie związku małżeńskiego, czyli był wdowcem. Symbole 5/1 70 IIa 577 to data i numer sprawy sądowej. Analogiczną zgodę na ślub otrzymała wdowa Tekla, ale nie z sądu w Ostrowie, lecz w Krotoszynie, ponieważ wieś Głogowa należała do powiatu krotoszyńskiego.

Na podstawie zapisów „Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego” z 1880 roku wiadomo, że Dąbrowa, w której mieszkał Maciej, była folwarkiem należącym do dominium Raszkówek hrabiego Kazimierza Skórzewskiego. Dominium było dość dobrze rozwinięte, posiadało gorzelnię parową, młyn, cegielnię oraz prowadziło chów bydła.

Od 1823 r., czyli po zniesieniu pańszczyzny, chłopi wielkopolscy przestali być poddanymi dziedzica i ci, którzy zostali uwłaszczeni stali się gospodarzami, a nieuwłaszczeni stali się najemnymi pracownikami. Maciej był najemnym parobkiem w folwarku dziedzica, ale aby otrzymać taką pracę musiał wykazać się pracowitością i umiejętnościami gospodarskimi. Pracował w polu, orał, siał, sadził i zbierał plony.  

 

Pejzaż naiwny: oracz i skowronek,

i chmara wróbli nad gruszą Maćkową ...

Jak z tych w pośpiechu rozsypanych czcionek

złożyć jedyne właściwe tu słowo?

 

Jak zakląć w wyraz trakt wiosną rozgrzęzły,

urok kolein, topolę czy szalej?

Rozstaje trzeba rozplątać jak węzły

i iść pod chmurnym niebem coraz dalej ...

 

Aż gdzieś w obliczu krainy otwartej,

pod starą wierzbą staniemy jak niemi

i, niby wiatr nas owionie od Warty,

poezja mojej prozaicznej ziemi.

 

Franciszek Fenikowski „Ziemia prozaiczna”

 

 


 

 

Oprócz pracy w polu Maciej zajmował się obrządkiem inwentarza żywego (krowy, owce, świnie), a także wykonywał wszelkiego rodzaju prace fizyczne w gospodarstwie folwarcznym. Z zarobionych pieniędzy utrzymywał rodzinę i opłacał mieszkanie w folwarcznych czworakach.

W 1871 roku Maciejowi i Tekli urodził się syn Jan1. Po urodzeniu syna Maciej żył jeszcze tylko 8 lat, zmarł w 1879 roku.

W metryce zgonu (patrz dokument obok) osobą zgłaszającą zgon była żona Tekla, ale jej nazwisko to Brodziak, a nie Broda, jak w metryce ślubu. Miejsce urodzenia Macieja nie jest znane (unbekannt). Również rodzice Macieja nie zostali przez Teklę podani, co świadczy o tym, że ich nie znała, czyli zmarli przed jej ślubem z Maciejem w 1870 roku. Według metryki zgonu Maciej żył 70 lat (siebzig Jahr alt), ale na podstawie wcześniejszej metryki ślubu wynika, że w dniu zgonu powinien mieć 59 lat.


 

3.      Jan1 Wałęsa   1871 – 1944

 

Jan1 Wałęsa urodził się w Dąbrowie (parafia Raszków) 29 maja 1871 roku. W dniu urodzenia jego ojciec Maciej miał 51 lat, matka Tekla 40 lat.

 

Metryka urodzenia Jana1. Rodzice: Mathaeus Wałęsa i Thecla Broda; zawód ojca: famulus (parobek, służący); rodzice chrzestni: Michał Nowak i Józefa Dudek.

 

Jan1 spędzał dzieciństwo w Dąbrowie i gdy miał 8 lat zmarł jego ojciec. W wieku około 14 lat podjął pracę jako parobek w folwarku Skrzebowa, 5 km od Dąbrowy. Skrzebowa była wsią kościelną i folwarkiem. We wsi było 55 domów i 358 mieszkańców, w folwarku 8 domów i 170 mieszkańców (każdy dom w folwarku to czworak, zamieszkały przez 4 rodziny). Z podanych liczb wynika, że średnio w jednym domu gospodarskim we wsi mieszkało 6 osób, z tym, że 1-2 osób to często byli parobkowie (komornicy), pracujący u gospodarza i mieszkający w różnego rodzaju przybudówkach lub komorach. Natomiast w czworakach mieszkało średnio 21 osób, czyli jedna rodzina składała się średnio z 5 osób. Folwark Skrzebowa należał do okręgu dworskiego Raszków.

Jan1 w 1899 roku, czyli mając 28 lat, ożenił się z Agnieszką Błaszczyk z pobliskiego Jelitowa. Jelitów był wsią z folwarkiem w parafii Pogrzybów. We wsi były 22 domy i 155 mieszkańców, w folwarku 7 domów (czworaków) i 143 mieszkańców. W Jelitowie była również cegielnia. Folwark i cegielnia należały do okręgu dominium Pogrzybów. Skrzebowa i Jelitów administracyjnie wchodziły w skład gminy Raszków. Ślubu udzielił ks. Piotr Chmielewski w kościele parafialnym w Pogrzybowie.

Kościół w Pogrzybowie w którym Jan1 Wałęsa i Agnieszka Błaszczyk w 1899 r. zawarli związek małżeński. Kościół został wybudowany w latach 1803 – 1809. Fundatorem kościoła był Rafał Karnkowski, dziedzic Dominium w Pogrzybowie, zaś architektem i budowniczym Teodor Sulkowski z Raszkowa. Poprzedni stary, drewniany kościół uległ zniszczeniu pod koniec XVIII w.

 


 

Ślub kościelny Jana1 i Agnieszki z 1899 roku został zarejestrowany w USC gminy Raszków. Nazwisko Jana1 zostało zapisane jako Walęsa.

Rodzice Jana1: Maciej (Mathaeus) Walęsa i Tekla Broda.

Rok urodzenia Agnieszki: 1878.

Miejsce urodzenia: Słaboszowo.

Rodzice Agnieszki: Franciszek (Franz) Błaszczyk i Apolonia Mąka.

Świadkowie: Władysław Morawski i Tomasz Niedzwiadek.

 

Raszkowski ratusz w którym został zarejestrowany ślub Jana1 i Agnieszki.

 


 

 

Jan1 w metryce ślubu jest określony jako robotnik (Arbeiter), pracował więc w folwarku jako najemny pracownik i mieszkał w czworaku. Agnieszka (21 lat) w metryce ślubu jest określona jako robotnica (Arbeiterin), zatem pracowała w sąsiednim folwarku również jako najemny pracownik.

Jan1 i Agnieszka po ślubie zamieszkali w Jaskółkach w parafii Pogrzybów 3 km od Raszkowa. W Jaskółkach nie było folwarku, więc prawdopodobnie Jan1 i Agnieszka byli komornikami u bogatszych kmieci i pracowali u nich w gospodarstwie.

W 1903 roku w Jaskółkach urodzili się im bliźniacy Jan2 i Wojciech. Jan1 i Agnieszka byli bardzo pracowici i zaradni. Przez dwa lata zgromadzili środki finansowe, które umożliwiły im wyjazd z bliźniakami do pracy do Niemiec. Wyjazd nastąpił w 1905 roku. Mieszkali w Hamburgu w dzielnicy Wilhelmsburg przy ulicy Neuhofer 63. Jan1 pracował jako robotnik. W 1906 roku, urodziła się im kolejna para bliźniąt - Stanisław i Zofia, ale Zofia zmarła wkrótce po urodzeniu. W 1908 roku w Wilhelmsburgu urodziła się córka Agnieszka. W akcie urodzenia Agnieszki (patrz rozdział dotyczący Agnieszki), Jan1 zamiast nazwiska Wałęsa ma wpisane nazwisko Walesa i od tego czasu rodzina posługuje się takim nazwiskiem.

Po powrocie z Niemiec w 1911 roku cała rodzina zamieszkała najpierw w Rososzycach, a później w Pruślinie, 4 km od Ostrowa Wielkopolskiego. Jan1 i Agnieszka nie nabyli ziemi, mieszkali w wynajętym mieszkaniu. W 1914 roku Jan1 zaciągnął się do Legionów Piłsudzkiego. Był szeregowym w batalionie gospodarczym i budował fortyfikacje wojskowe.

W 1914 roku w Pruślinie urodziła się córka Marianna, a w 1915 roku syn Czesław. W następnym roku rodzina przeprowadziła się do pobliskiej miejscowości Kamienice, gdzie w 1917 roku urodziła się córka Jadwiga.

W latach 1918 – 1919, kiedy kształtowały się granice Polski, mieszkańcy Wielkopolski wzięli masowy udział w powstaniu, co przyczyniło się do powrotu tych ziem do Polski.


 

 

 

 

Za służbę w Legionach Jan1 otrzymał w 1922 roku połać ziemi w Jarniewie na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Jarniewo należało do gminy Kostrowicze powiatu Słonim województwa Nowogródek, obecnie tereny te należą do Białorusi. Jan1 przybył tam z żoną i siedmiorgiem dzieci. Na początku oprócz ziemi nie mieli nic – ani chaty, ani bydła, ani narzędzi. Wszystkiego musieli dorobić się sami, w ciężkim trudzie i znoju. Jan1, będąc specjalistą od budowli ziemnych, zbudował dla rodziny i zwierząt ufortyfikowane ziemianki. Przetrzymali w nich najgorsze lata, aż powstał dom i budynki gospodarcze, a pole, utworzone z nieużytków i wykarczowanego lasu, zaczęło przynosić plony.

 


 

 

Miejscowości na Kresach Wschodnich związane z rodziną Wałęsów w latach 1922 – 1945:

 

Samarowicze,

 

 

Jarniewo,

 

 

Słonim,

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Okuninowo,

 

Zawodny Las.

 

 

Jarniewo 1937 rok – rodzina Jana1 i Agnieszki Wałęsów na podwórku koło stodoły. Zdjęcie zostało zrobione w dniu ślubu Marianny Walesa ze Stanisławem Jakubasem. Marianna i Stanisław to pierwsza para stojąca z lewej strony. Starszy mężczyzna obok Stanisława, to Jan1, mający wówczas 66 lat.


 

Jan1 figuruje w wykazie osadników wojskowych Biblioteki Kresowej pod numerem 9458:

 

Oprócz rodziny Walesów w Jarniewie osiedliło się 11 innych rodzin wojskowych:

Lp.

Nr w wykazie

Nazwisko

Imię

Stopień

Miejscowość

Nr działki

1

977

Cham

Cyryl

szeregowy

Jarniewo

13

2

1164

Cieśla

Jakub

szeregowy

Jarniewo

5

3

1312

Czermuszewicz

Władysław

sierżant

Jarniewo

4

4

4099

Kozłowski

Wojciech

szeregowy

Jarniewo

12

5

4773

Lichodziejewski

Gabriel

szeregowy

Jarniewo

2

6

5665

Minakowski

Bolesław

starszy ułan

Jarniewo

3

7

6041

Nosewicz

Józef

plutonowy

Jarniewo

8

8164

Sokołowski

Józef

plutonowy

Jarniewo

7

9

9393

Urbas

Karol

szeregowy

Jarniewo

6

10

9458

Wałasa (Wałęsa)

Jan

szeregowy

Jarniewo

11

9665

Wieruszewski

Józef

szeregowy

Jarniewo

14

12

9692

Więckowski

Kazimierz

starszy ułan

Jarniewo

2

 


 

 

Łącznie na Kresach Wschodnich osiedliło się ponad 10 tys. polskich rodzin. W 1939 roku, po wybuchu II wojny światowej, Związek Radziecki zajął Kresy Wschodnie i w lutym 1940 roku wszystkie rodziny osadnicze, a więc i rodzina Jana1 i Agnieszki, zostały wywiezione na Syberię.  

 

Karta Jana1 z indeksu represjonowanych: Walesa Jan, syn Macieja, urodzony w 1879 r. (powinno być 1871), deportowany w 1940 r. z obwodu Baranowice do miejscowości Sokoł woj. wołogdzkie, kolejne miejsce zesłania to Mitinskij, pow. charowski.

 

Rosyjski dokument potwierdzający zesłanie Jana1 na Syberię: Валеса Ян  - Walesa Jan, Матвеевич – syn Macieja (jest to tzw. odczestwo), dwie daty urodzenia: 1879 i 1871 (powinna być tylko 1871), miejsce urodzenia: Дрогослов (Drogosław, powinno być Dąbrowa), miejsce zamieszkania przed zesłaniem: Ярнево (Jarniewo).

 

Na Syberii Jan1 i Agnieszka mieszkali w barakach i pracowali w lesie. Jan1 miał wówczas 70 lat i ciężka praca oraz trudne warunki były dla niego bardzo obciążające. W 1942 roku, po porozumieniu Sikorskiego z rządem sowieckim, można było opuścić miejsce zesłania. Jan1 z żoną Agnieszką przedostali się do Kazachstanu, gdzie Jan1 zmarł w 1944 roku, w wieku 73 lat. Według opowieści rodzinnych bezpośrednią przyczyną zgonu było pożądlenie przez rój pszczół. Żona Agnieszka w 1946 roku wróciła do Polski, mieszkała najpierw w Krzyżu Wielkopolskim, potem z córką Jadwigą i jej rodziną w Hucie Szklanej w parafii Krzyż Wielkopolski.

Zdjęcie Agnieszki Walesa z 1967 roku.

Rewers zdjęcia Agnieszki z jej własnoręczną dedykacją.

 

 

 

Warszawa Żoliborz 2008 r. - pomnik osadników wojskowych Kresów Wschodnich.

Dziękujemy Babciu za tę pamiątkę. Spoczywaj w pokoju, będziemy o Tobie pamiętać.  Wnuczki

Agnieszka Walesa (Błaszczyk) zmarła w 1968 roku, jej grób znajduje się na cmentarzu w Krzyżu Wielkopolskim.


 

4.                  Dzieci Jana1 i Agnieszki Wałęsów:

 

 

 

4.1.                        Jan2 Wałęsa   1903 – 1996.

 

 

 

Jan2, pierwszy z bliźniaków, urodził się w 1903 roku we wsi Jaskółki, parafia Pogrzybów, gmina Raszków. W dniu urodzenia jego ojciec Jan1 miał 32 lata, matka Agnieszka 25 lat. W 1905 roku Jan2 wyjechał z rodzicami i bratem Stanisławem do Niemiec (Hamburg-Wilhelmsburg). Powrócili w 1911 roku i zamieszkali najpierw w Rososzycach, a później w Pruślinie i Kamienicach. O pobycie w Niemczech i o życiu w okolicach Ostrowa Jan2 opowiadał wiele lat później swojej wnuczce Beacie, która zapamiętała to następująco:

 

Dziadek Jan2 był bardzo zadowolony z pobytu w Niemczech. Pod koniec pobytu miał 8 lat. Powodziło im się tam dobrze. W niedzielę jego tata Jan1 ubierał halb cylinder a mama kapelusz i stateczkiem pływali całą rodziną po Elbie (Łabie). Jedli bułki i pomarańcze. Wspominał też, że jego brat bliźniak Wojciech rozrabiał i gdy Jan2 bawił się jakimiś zabawkami, a brat do niego się zbliżał, to od razu bez sprzeciwu oddawał mu każdą zabawkę. Wojciech rozrabiał też w szkole, np. kiedy nauczycielka chciała wymierzyć mu karę pasem i kazała położyć się na ławce, kopnął ją w brzuch. W Wilhelmsburgu dziadek chodził 4 lata do szkoły i uczył się po niemiecku. Po powrocie z Niemiec od 16 roku życia pracował w Ostrowie Wielkopolskim w restauracji z hotelem. W czasie sylwestrowego balu maskowego, gdy wybiła północ, wszyscy zdejmowali maski i bawili się do rana. Do jego obowiązków należało również chodzenie na targ i kupowanie gołębi, z których robiono rosołki dla dzieci właściciela restauracji. Dziadek, gdy odwiedzał nas w latach dziewięćdziesiątych w Jeleniej Górze, pokazywał na niektóre domowe sprzęty moich dzieci, np. rozkładane krzesło ze stolikiem i mówił, że mieli takie same w Niemczech 80 lat wcześniej.

 

W 1922 roku Jan2 z rodzicami i rodzeństwem wyjechali do Jarniewa k/Słonima. W latach 1926-27 Jan2 służył w wojsku w 79 Pułku Piechoty w Słonimie. W 1933 roku Jan2 ożenił się z Emilią Fieduk, córką Marii Taramina (Taramyk) i Józefa Fieduka, leśnika w Samarowiczach.

Po ślubie Jan2 z Emilą mieszkali w Jarniewie we własnym gospodarstwie. Oba gospodarstwa – Jana1 i Jana2 – składały się z 17 ha ziemi ornej, 2 ha łąki, 0,5 ha lasu, 2 domów drewnianych, 2 stodół drewnianych, sieczkarni, jednego konia, 2 krów i 2 owiec. W 1934 roku Janowi2 i Emilii urodził się syn Czesław (autor), w 1936 roku córka Maria, w 1937 roku syn Antoni.


 

Odpis aktu małżeństwa Jana2 i Emilii. Z niewiadomych powodów nazwisko Jana2 zapisano jako Wales.

 

 

 

 

    

Jarniewo 1938 rok - Emilia      -           Jan2                 -                 Maria i Czesław

 

W marcu 1939 roku Jan2 został zmobilizowany do Wojska Polskiego i służył w 80 Pułku Piechoty. Po klęsce wrześniowej wrócił do Jarniewa. W lutym 1940 roku Jan2 z żona Emilią, dziećmi Czesławem, Marią i Antonim zostali wywiezieni na Syberię. Oto wspomnienia Czesława, obejmujące okres wywózki, pobytu na Syberii, opuszczeniu ZSRR, pobytu w Uzbekistanie i powrotu do Polski.


 

Dzień 9 lutego 1940 roku był dla mnie niezwykły, gdyż otrzymałem wtedy kółko do dziecinnego wózka, pierwszej w moim życiu prawdziwej zabawki. Wykonał ją mój ojciec. Spałem z tym kółkiem. Nad ranem rozległo się łomotanie do drzwi, weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy i krzyknęli po rosyjsku: „Pakujcie się! Wyjeżdżacie do ZSRR!”. Jeden z dwóch żołnierzy stanął z karabinem przy ojcu, zabraniając mu poruszać się. Drugi podążył za matką, która wybiegła z domu, aby wołać o pomoc. Żołnierz podbiegł do niej i podniesionym głosem powiedział: „Nie krzycz, to wtedy coś weźmiesz ze sobą. A jeśli będziesz krzyczeć, to cię zwiążemy i tak zawieziemy”. Matka weszła do domu. Żołnierz przy ojcu powiedział stanowczym głosem: „Macie 15 minut na spakowanie!”. Wzrok matki zatrzymał się na wiadrze pełnym mleka. Żołnierz powiedział z troską: „Wiadro wam się przyda”. „A do czego przelać mleko?” – zapytała jakby sama siebie. A on krzyknął: „Wylej na podłogę, bo to wszystko już nie twoje!”.

Po pospiesznym spakowaniu rzeczy trzeba było odpowiednio ubrać trójkę dzieci w wieku 2, 4 i 5 lat. A tego dnia mróz był czterdziestostopniowy. W czasie podróży saniami do najbliższej stacji kolejowej (16 km od Słonima), a później w wagonie tzw. bydlęcym – co pewien czas upewniałem się, czy mam przy sobie drewniane kółko. Ukryłem je głęboko pod koszulą. Było ono łącznikiem tego, co się działo, z niespełnionym światem dziecięcych marzeń.

Po kilkumiesięcznym obozie przejściowym na Syberii w posiołku Torfianka w powiecie Sokoł, przewieziono nas do Miczińskiego Osiedla. Ojciec został skierowany do pracy w  kombinacie budowlanym i do tajgi przy wyrębie drzew. Matka często mu pomagała. Na mnie spadły wtedy obowiązki opiekuńcze względem młodszej o półtora roku siostry Marysi i młodszego o trzy lata brata Antosia. W lecie wyruszałem z matką w głębsze rejony tajgi w poszukiwaniu jagód, malin i grzybów. Pewnego razu zabłądziliśmy i błąkaliśmy się bez nadziei wyjścia. Na szczęście po dłuższym czasie usłyszeliśmy warkot ciężkiego samochodu. Jechał on po drewnianej drodze ułożonej z grubych desek na podmokłym podłożu tajgi i nas uratował. Po porozumieniu Sikorskiego ze Stalinem wolno było nam opuścić miejsce zesłania, ale nie w kierunku Polski. 17 listopada 1941 roku wyruszyliśmy w południowo-wschodnim kierunku ZSRR. Przygotowywaliśmy się do tej podróży bardzo starannie, gromadząc żywność (głównie suchary) i inne rzeczy. Po trzech dniach dojechaliśmy pociągiem pasażerskim do Kirowa z całym dobytkiem, który mieścił się w pięciu workach. W Kirowie ukradziono nam dwa worki, czyli prawie połowę zasobów potrzebnych do przeżycia.

 

Przepustka Jana2 do kombinatu budowlanego, 1940 r.

 

Z Kirowa czekała nas podróż transportem składającym się z bydlęcych wagonów, w nieznanym dla nas kierunku i o nieznanym czasie trwania (po zakończeniu okazało się, że sześć tygodni). Transport nasz zatrzymywał się niespodziewanie na niektórych stacjach. Mężczyźni wyruszali wtedy w poszukiwaniu wody i opału. Wielu z nich nigdy nie powróciło. Na jednym z dalszych postojów został mój ojciec z większą grupą mężczyzn. Któryś z nich dowiedział się, że nasz transport odjechał w kierunku Taszkientu i dzięki temu udało się im dogonić nas najbliższym pociągiem osobowym. W czasie tej 6-tygodniowej podróży nękały nas różne udręki. Do najbardziej dotkliwych należały wszy. Było ich tak wiele, że w czasie jazdy niektórzy strzepywali je z bielizny na rozgrzany piecyk znajdujący się w wagonie, a na postojach – przez otwarte drzwi wagonu.

Zdarzało się też duże nieszczęścia - na nogę Antosia wylał się wrzątek. Na kolanie powstała rana, która się nie goiła. Do tego dołączyła się dziecięca choroba odra. Pod koniec podróży gorączkował i coraz bardziej słabnącym głosem wołał: „Mamo, mamo, czy jesteś przy mnie?”

Kresem naszej podróży okazało się miasto Czust w Uzbekistanie.

 

22 grudnia 1941 roku opuściliśmy nasz wagon. Dwa dni spędziliśmy na stacji kolejowej i stąd zabrano nas do kołchozu. Zakwaterowano nas tymczasowo w jakiejś lepiance, świetlicy kołchozowej. A była to Wigilia Bożego Narodzenia. Nie mieliśmy nic do jedzenia i głodni ułożyliśmy się do snu na glinianej podłodze przykrytej matą. W nocy poczułem drgania i jakby falowanie podłogi, usłyszałem też brzęk pustych naczyń. To było trzęsienie ziemi, o czym byśmy nie wiedzieli, gdyby nie muzułmańska procesja tubylców. Ktoś z nich podbiegł do naszej lepianki i najpierw po tadżycku, a później po rosyjsku, a w końcu na migi kazał z niej wyjść.

W dzień Bożego Narodzenia mama zaniosła wycieńczonego chorobą i głodem brata Antosia do odległego o 6 km szpitala. Pozostała z nim. Na jej oczach umierał. Martwe ciało wrzucono do wspólnego dołu i zasypano wapnem. A nas nękał głód. Snułem się po różnych miejscach, aby zdobyć coś do zjedzenia. Tu i ówdzie trafiałem na jakieś resztki pokarmowe: np. ogryzek czy pestka moreli, którą rozbijałem kamieniem, aby wydobyć z niej jadalne ziarenko. Mama zdobyła „makuchę”, czyli wytłoki z ziaren bawełny, i ugotowała z niej coś w rodzaju kaszy. Dowiedział się o tym przewodniczący kołchozu. Przyszedł do naszej lepianki i zapytał mamę: „Co zrobiłaś z makuchą?” Mama odpowiedziała: „Ugotowałam”. „Pokaż!” – krzyknął. A po obejrzeniu ugotowanej makuchy dodał: „Wylej to natychmiast! Od tego jedzenia możecie umrzeć!” Mama powiedziała: „Wszyscy jedliśmy”. Przewodniczący przypisał wtedy pewną ilość mąki, która przy głodowych racjach starczyła na kilkanaście dni.

Tę sytuację głodu i bezrobocia najgorzej znosił mój ojciec. Mama radziła sobie lepiej. Gdy nadeszły znów dni głodu, to – znając najbliższą okolicę – wyruszyła na zdobycie jedzenia: pukała do drzwi domów, wyciągała rękę i płakała. Przyniosła wtedy pożywienia na kilka dni.

Kontakty matki z miejscowymi ludźmi utrudniało to, że nie znała miejscowego języka. Wkrótce jednak nawiązała z niektórymi układy typu handlu wymiennego: resztki ocalałych materiałów i rzeczy oddawała za żywność. Mama świadczyła również usługi: przędła wełnę z owiec lub wielbłądów za pomocą kądzieli i wykonanego samodzielnie wrzeciona. Otrzymywała za to żywność. Wydawało mi się, że mama w ogóle nie śpi. Gdy układałem się do snu, mama przędła, coś przyrządzała lub odmawiała różaniec. Gdy budziłem się rankiem, mama przędła, coś przyrządzała lub odmawiała różaniec – jak gdyby kontynuowała czynność z wieczora. Sama mówiła, że noc jasna, księżycowa, jest dobra do przędzenia, a noc ciemna - do odmawiania różańca.


 

W lutym 1942 roku ojciec Jan2 wstąpił do Armii Andersa. Przebieg jego służby wojskowej podany jest w dokumencie Ministerstwa Obrony rządu Wielkiej Brytanii.

 

Tłumaczenie ważniejszych punktów dokumentu:

Jan Walesa ur.19 kwietnia1903 r. w Jaskółkach, pow. Odolanów, woj. Poznań, Polska

Rodzice: Jan i Agnieszka z domu Błaszczyk

Stan cywilny: żonaty. Zajęcie: rolnik

Służba w Armii Polskiej pod dowództwem angielskim:

Od 1 kwietnia 1942 r. do 1 kwietnia 1946 r. Zwolniony z honorem, przeniesiony do rezerwy.

Historia służby:

Włączony do polskich sił zbrojnych w USRR dnia 10.02.1942 r. Przeszedł służbę na froncie sowiecko-irańskim i razem ze swoją jednostką dostał się pod dowództwo brytyjskie. Służył na Środkowym Wschodzie 1942 – 1944, a we Włoszech 1944 – 1946. Ostatecznie zwolniony i przeznaczony do repatriacji. Brał udział w kampanii we Włoszech 5.6.44 – 2.5.45.

Medale i odznaczenia:

Angielskie: 1939-1945 „Gwiazda”

Włoskie: Gwiazda.

Medal wojenny 1939 – 1945.

Odnośnie wydania należy zwrócić się do Ambasady Brytyjskiej w Warszawie.

Jan2 Walesa w Armii Andersa na Bliskim Wschodzie.

 

Po wyjeździe ojca z Armią Andersa przeprowadziliśmy się do domu sekretarki kołchozu. Dom był dobrą lepianką, w jednej z izb mieszkała Polka, wdowa o nazwisku Rozwód, z dorastającą córką Bronią. Sekretarka miała dla siebie dom większy i lepszy. Sytuacja nasza uległa poprawie. Mama wychodziła na całodzienne roboty kołchozowe, z reguły były to prace na bezkresnych polach bawełny lub pszenicy. Często latem zabierała mnie ze sobą i wówczas wykonywałem przysługi typu: „przynieś wody”, „nazbieraj uruku (moreli)”, „narwij dla krowy zielska (powoju)”, itp. W niedzielę po żniwach chodziłem z mamą zbierać kłosy na ścierniskach, zazwyczaj w palącym, uzbeckim słońcu. Było to dla mnie zajęcie okropne, wprost nie do wytrzymania.

Od września 1942 roku chodziłem z Marysią do miejscowej szkoły. Lubiłem tę szkołę, było tam dużo swobody, a oprócz tego, każdy uczeń otrzymywał po 50 g chleba dziennie. Miało to przyciągnąć dzieci do szkoły. Często (w dniach małej frekwencji uczniów) otrzymywałem podwójną porcję, czyli 100 g. Bardzo szybko nauczyłem się języka rosyjskiego i uzbeckiego, sam nie wiem kiedy, gdzie i jak to się stało. Równie szybko nauczyłem się odróżniać rośliny jadalne od niejadalnych. „Zielsko” jadalne można było zbierać w strumieniach niemal przez cały rok. Na przednówku przynosiłem mamie dwa naręcza takiego „zielska”, mówiąc: „to będzie na zupę, a to na placki”.

Lubiłem się bawić z miejscowymi dziećmi. Z chłopcami czasami walczyłem. Kiedyś, w upalny dzień, niosłem wodę dla mamy. Wyszedł mi naprzeciw chłopiec starszy i dużo wyższy. Chciał mi odebrać wodę. Wtedy rzuciłem się na niego i walczyłem tak, że porozrywałem mu koszulę, a wodę ocaliłem.

Wiele rodzin żołnierzy wyjechało ze Związku Radzieckiego za Armią Andersa do Iranu i dalej. Moja rodzina także miała wyjechać na początku kwietnia 1943 roku. Przygotowując się do wyjazdu nawet bardzo potrzebne rzeczy oddaliśmy wtedy sąsiadom. Zostawiliśmy sobie tylko to, co wydawało się niezbędne w długiej podróży. W wyznaczonym dniu byliśmy na stacji kolejowej. Czekaliśmy tam 4 dni, spaliśmy na workach i zjedliśmy zebrane na drogę zapasy. Po 4 dniach, akurat w dzień Świąt Wielkanocy, dowiedzieliśmy się, że nie wyjedziemy. Wyjazd polskich rodzin został wstrzymany i musieliśmy wracać z powrotem do kołchozu. Mama zostawiła mnie i moją siostrę z bagażami, a sama poszła szukać osiołka do przewiezienia rzeczy. Ów upalny wielkanocny dzień pozostał mi w pamięci jako bardzo smutny i wyróżniony taką oto sceną: przodem szedł przewodnik, za nim dreptał osiołek wzbijając kurz na pylnej drodze, za osiołkiem podążaliśmy my: mama, Marysia i ja. Z żalu i rozpaczy płakaliśmy. Łzy, żłobiąc bruzdy na pokrytej kurzem twarzach, spadały na piaszczystą drogę. Już nie pamiętaliśmy, że podążamy do domu w dzień Zmartwychwstania Pańskiego. Wróciliśmy do tego samego miejsca i do tych samych, co przedtem zajęć, ale pozbawieni wielu potrzebnych rzeczy, np. siekiery, garnka, mojego zimowego płaszcza, który został skradziony na stacji kolejowej, i innych.

Jesienią 1943 roku po wyjściu Armii Andersa z ZSRR utworzono w Namanganie polski Dom Dziecka, tzw. „sierociniec”. Otrzymaliśmy zaproszenie i po wielu naradach mama zadecydowała, że Marysia i ja spędzimy w Domu Dziecka przynajmniej 6 miesięcy, a jeżeli tam będzie dobrze, to dłużej. Jednakże Marysia źle się tam czuła, często chorowała i mama wkrótce zabrała ją do domu. A ja czułem się tam dobrze, mimo, że porcje żywnościowe były raczej głodowe.

W Domu Dziecka było dużo momentów przygody i niezwykłych wydarzeń. Najstarsi chłopcy co pewien czas wyruszali w głąb pustyni (ok. 20 km) w poszukiwaniu żółwi. Po udanym polowaniu przynosili je w workach na plecach, a w Domu Dziecka gotowali. Wszyscy, nawet najmłodsi mieszkańcy, otrzymywaliśmy wtedy jakieś porcje tego smacznego i pożywnego mięsa. A później, rozchodziły się niesamowite opowieści o samej wyprawie.

Mama dość często (ok. 2 razy w miesiącu) odwiedzała mnie w Domu Dziecka. Odległość od naszego domu w kołchozie wynosiła ok. 50 km. Mama szła pieszo. Wyruszała tuż po północy, przychodziła do mnie przed południem. Przynosiła jakieś pożywienie, najczęściej placki - „lepioszki”. Spędzała w Domu Dziecka ok. 2 godzin. Porozmawiała ze mną i wracała do domu też pieszo, dochodząc tam przed północą. Następnego dnia rano wyruszała do pracy na kołchozowym polu. Po pierwszej wizycie mamy zjadłem kawałek jednego placka, a resztę chciałem zachować na później. Gdy mama odeszła skierowałem się do swojego pokoju. Zobaczyłem wtedy gromadę dzieci, z których każde prosiło: „Czesiek, daj ugryźć! Chociaż raz!”. Do swojego pokoju już nic nie doniosłem. Ani okruszka!

Moje wiosny lata i jesienie w Domu Dziecka łączyły się z pełnym przygód zdobywaniem pożywienia. Np. pomidory „zdobywałem” na polu należącym do pobliskiego więzienia. Starsi chłopcy ostrzegali: „uważaj, bo strażnik strzela czymś takim, że nie chce się po tym goić”. Ale wyruszałem i przynosiłem ich pełne zanadrze, tyle ile zmieściło się pod ściśniętą paskiem koszulą. Orzechy „zdobywałem” z dość odległego, wielkiego sadu. Wyruszyłem tam pewnej księżycowej nocy przed świtem i cicho przeprawiłem się przez mur. Wspiąłem się na wysokie drzewo i ostrożnie zrywałem orzechy, gromadząc je w zanadrzu. Na nieszczęście, jakiś orzech wypadł mi z ręki. Uderzając po liściach i gałęziach, stoczył się na ziemię. Zaszczekał pies i za chwilę pod moim drzewem, znalazło się dwóch mężczyzn. Przywarłem wtedy do konaru drzewa, a ręce ułożyłem wzdłuż grubych gałęzi. Mężczyźni po rosyjsku wymieniali swoje uwagi, patrzyli w górę, ale mnie nie dostrzegli. Po chwili wraz z psem wrócili do szałasu w środku sadu. A mnie czekało bardzo trudne zejście z drzewa i pokonanie wysokiego muru. Musiałem to wszystko – mając w zanadrzu orzechy – wykonać bezszelestnie, aby nie ściągnąć na siebie uwagi czujnego psa i strażników.

Pewnego razu po obiedzie zakradłem się do jakiegoś ogrodu na maliny. Nagle zjawił się obok mnie młody, dobrze zbudowany mężczyzna. Znieruchomiałem ze strachu. On zaś lewą ręką uchwycił moją szyję, a prawą bił mnie tak długo, jak chciał. Zniosłem to w milczeniu. Zmaltretowany powróciłem do Domu Dziecka. Gdy się wyleczyłem z zadanych ran, sińców i potłuczeń, jeszcze raz wyprawiłem się w to samo miejsce, jakby dla udowodnienia sobie, że jest to możliwe. Tym razem zachowałem pełną ostrożność. Ów mężczyzna dostrzegł mnie z daleka i zaczął biec w moim kierunku. Wtedy błyskawicznie przesadziłem ogrodzenie. Mężczyzna szybko przywołał sąsiada, aby pomógł mu mnie ścigać. Uciekałem wzdłuż strumienia. W miejscu, gdzie nad strumieniem rosły duże krzaki, łączące się szczytami gałęzi, zaś drzewa zasłoniły mnie przed ścigającymi mężczyznami – wskoczyłem do strumienia. Przykucnąłem w wodzie, odwróciłem się i wykonałem kilka kroków do miejsca, gdzie krzaki i drzewa tworzyły lepszą zasłonę. Obaj mężczyźni szybko biegnąc minęli to miejsce i nagle zatrzymali się, mówiąc po rosyjsku: „No, gdzież on się podział?” Wkrótce zrezygnowali z pościgu. Zobaczyłem ich wracających, zajętych głośną rozmową, były tam wykrzykniki i słowa brukowe.

Często myszkowałem po okolicy, szukając czegoś do zjedzenia, ale robiłem to również z ciekawości. Pewnego letniego popołudnia dostałem się po wspornikach balkonowych na dach Domu Dziecka. Łączył się on z dachem sąsiedniego domu, na którym ktoś suszył owoce. Wziąłem ich kilka i tą sama drogą wróciłem. Następnego dnia ponowiłem wyprawę. Gdy zbliżałem się do owoców, nagle zjawił się na dachu mężczyzna i urządził za mną pościg. Uciekałem szybciej. Po wspornikach ześlizgnąłem się na ziemię i wbiegłem do Domu Dziecka. Sądziłem, że sprawa jest zakończona. Ale mężczyzna udał się do kierowniczki, czego nie wiedziałem. Kierowniczka zarządziła zbiórkę wszystkich dzieci. Nagle on się wyłonił. Coś powiedział do kierowniczki po rosyjsku i rozpoznał mnie. Za karę miałem przez tydzień spać poza domem i czyścić drewniany wychodek. Była to jednak okazja do częstszych wypraw po różne owoce, w różne inne miejsca.

We wrześniu 1944 roku zorganizowano w Namanganie polską szkołę. Nauczycielkami zostały wychowawczynie z Domu Dziecka. Każdy uczeń otrzymywał cienki zeszyt, ołówek i gumkę. Zeszyt ten służył do wszystkich przedmiotów. Gdy został spisany do końca, należało wszystko powycierać gumką i zapisywać od nowa. Szkołę i nauczycielki lubiłem. Wiadomości o Polsce pochłaniałem z wielkim wzruszeniem. Uczyłem się łatwo i szybko. Otrzymywałem nagrody za dobre postępy w nauce. Jedna z nauczycielek chciała mnie adoptować na swojego syna, aby „wykierować mnie na ludzi”, jednak moja mama stanowczo się temu sprzeciwiła.

Nękały nas różne choroby. Prawie każdy przechodził przez czerwonkę, zaś malaria powracała regularnie. Wiosną 1944 roku, gdy jako prawie 10-letni chłopiec odwiedziłem mamę, zaskoczył mnie na polu, gdzie ona pracowała, a ja jej pomagałem, atak zimnicy malarycznej. W fazie dreszczy i ataku malarycznego położyłem się na ziemi, w ostrym słońcu. Odczułem ulgę i – zemdlałem. Wtedy mama, biegnąc z całych sił, zaniosła mnie do rzeki i ochłodziła. Odzyskałem przytomność. Musiałem jednak iść do szpitala na leczenie.

Jesienią 1944 roku mama ciężko zachorowała na tzw. malarię tropikalną. Leżała w szpitalu i była już bliska śmierci. Wtedy jeden z Polaków z innego kołchozu, przyszedł do mnie do Domu Dziecka w Namanganie i poinformował, że moja mama umiera. Chciałem natychmiast wyruszyć do szpitala, ale mężczyzna ów powiedział, że nie może w ciągu jednego dnia przejść kolejnych 50 km. Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z Namanganu do Czust. Po przejściu 16 km jedną nogę miałem we krwi. Usiedliśmy więc przy drodze i czekaliśmy na „okazję”. Po kilku godzinach nadjechała ciężarówka do Czust, z wolnymi miejscami „na pace”. Zapłaciliśmy za podróż i po kilku godzinach znalazłem się przy szpitalu, a po kilkudziesięciu minutach, po odszukaniu właściwego okna i dostaniu się do niego wyuczoną metodą wspinania - byłem przy mamie. Leżała ona w sali dla zakaźnie chorych i personel szpitala nie zezwalał na odwiedzanie chorych w tej sali. Gdy zobaczyłem wychudłą, wycieńczoną i do skóry ostrzyżoną matkę, wybuchnąłem głośnym płaczem. Mama uspokoiła mnie konkretną prośbą. Powiedziała, że jest bardzo głodna i że ma ochotę na rosół z kury. Konkretne zadanie zmobilizowało mnie do działania. Niemal biegiem, boso przybyłem do naszego kołchozowego mieszkania i poprosiłem panią Rozwód o przygotowanie rosołu dla mamy. Gdzieś „zdobyłem” kurę i jeszcze tego samego dnia przyniosłem mamie rosół wraz z ugotowaną kurą. Każdego dnia byłem u chorej mamy (zawsze przez okno) i przynosiłem takie pożywienie, jakie sobie życzyła. Szybko wracała do zdrowia, tak, że po tygodniu opuściła szpital. Po szpitalu nie powróciła już do pracy w kołchozie, gdyż została przyjęta do fabryki wyrobu worków płóciennych. Mama od dziecka zajmowała się tkaniem i miała w tym doświadczenie, więc wyrabiała sześć razy więcej płótna niż przeciętna tkaczka z fabryki. Kiedy nadszedł czas wyjazdu do Polski dyrektor poprosił mamę, aby pozostała u niego w fabryce. Obiecał podwyższenie pensji i lepsze mieszkanie. Mama jednak odpowiedziała, że chce wracać do Polski, do swojej ojczyzny.

Ja wyruszyłem z Uzbekistanu do Polski na początku maja 1946 roku, transportem przeznaczonym dla dzieci z Domów Dziecka. Mama zaś i Marysia pojechały do Polski innym transportem, przeznaczonym dla polskich rodzin. Podróż do Polski odbywała się w uniesieniu szczęścia. Była cudownie piękna. Pociąg pędził, dudniąc rytmicznie po szynach. Rzadko zatrzymywał się. Z okien wagonu roztaczały się bajecznie kolorowe widoki z urokami pełnej i bujnej wiosny. Gdy znaleźliśmy się na terenie Polski, pociąg zatrzymał się na jakiejś małej stacji. Miejscowi ludzie dowiedzieli się, że przybył z daleka transport polskich dzieci. Natychmiast się zorganizowali i przynosili nam chleb, mleko, różne kasze, okraszane ziemniaki, warzywa i inne rzeczy do jedzenia. A czynili to z taką miłością, że te rzeczy stały się czymś nadzwyczajnym. Końcową stacją naszego pociągu był Gostynin k/Płocka. Zatrzymaliśmy się w Domu Rozdzielczym, gdzie spędziłem dwa miesiące (niektóre dzieci niemal natychmiast jechały dalej: do rodzin, sierocińców, itp.). Przydały się zdobyte w Uzbekistanie umiejętności zdobywania jedzenia: w pobliskiej małej rzece łowiłem ryby na haczyk, zrobiony przez mnie z agrafki. Jadłem je na surowo. Do lasu chodziłem na tzw. zajęczą kapustę, a później na czarne jagody. Nauczyłem się wyjmować z siebie kleszcze, które przynosiłem z lasu. No i w Punkcie Pomocy otrzymywałem codziennie jeden lub dwa talerze gęstej zupy.

We wrześniu 1946 roku skierowano mnie do Sanatorium dla Dzieci w Rabsztynie koło Olkusza. Było to Sanatorium przeciwgruźlicze, położone w lesie sosnowym. Półroczny pobyt w Sanatorium okazał się cudownym zwieńczeniem mego dzieciństwa i wejściem w okres dorastania (6 czerwca 1946 roku ukończyłem 12. rok mego życia). Tu spotkałem pięknych ludzi: księdza Kapelana, siostry zakonne, świeckich wychowawców, przejętych swoim powołaniem, anielsko dobre, choć, jakby trochę smutne dzieci oraz nadzwyczajną obsługę. Tu przyjąłem Pierwszą Komunię świętą, po zadziwiająco gorliwym ze strony ks. Kapelana przygotowaniu, które wprowadziło mnie w chrześcijańskie życie i w często pojawiające się uniesienia ducha. Tu przyjąłem też sakrament bierzmowania. W Rabsztynie rozpocząłem i ukończyłem III klasę szkoły podstawowej. Tu byłem umiejętnie i atrakcyjnie wprowadzony w zasady miłości ojczyzny. Gdy przy wyjeździe z Sanatorium ktoś postawił mi pytanie: „Kim chcesz zostać?” – odpowiedziałem bez wahania: „księdzem kapelanem”.

W marcu 1947 roku przyjechałem do Jeleniej Góry, gdzie wreszcie spotkaliśmy się wszyscy: mama, ojciec, który przeszedł cały szlak bojowy z Andersem – przez Iran, Palestynę, Włochy (Monte Cassino) do Anglii, siostra Marysia i ja. Przyjęto mnie do klasy IV, ale byłem wówczas we wszystkim do tyłu. Jednak już w klasie V miałem same piątki. W 1954 roku uzyskałem świadectwo maturalne w Liceum Ogólnokształcącym w Jeleniej Górze, ze specjalnym wyróżnieniem, co otwierało mi uprzywilejowaną drogę na wszystkie kierunki studiów w Polsce.

 

 

 

 

 

 

W 1946 r. Emila z córką Marysią przyjechały z Uzbekistanu do Polski innym niż Czesław transportem. Marysia tak zapamiętała pierwsze tygodnie w Polsce:

 

Podróż do Polski trwała 2 tygodnie. Przyjechaliśmy wprost do Jeleniej Góry, gdzie koczowaliśmy na dworcu kolejowym około 14 dni. Ulokowano nas w pomieszczeniach PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny) i tu musiałam jako 10-cio latka żyć prawie samodzielnie. Mama wychodziła do różnych prac, a ja cały dzień od świtu do zmierzchu byłam sama i żywiłam się samodzielnie. Pewnego razu boso i w nędznym ubraniu, pierwszy raz w życiu, odwiedziłam kościół i to zrobiło na mnie tak duże wrażenie, że do dzisiaj mam przed oczami te wspaniałe kolumny, łuki, sklepienia, zdobienia, rzeźby, obrazy i malowidła ścienne.

 

Po wojnie Jan2 i Emilia Walesowie z dziećmi Czesławem i Marią mieszkali w Jeleniej Górze przy ul. Podwale 11. Jan pracował na kolei przy budowie i naprawie torów i urządzeń kolejowych, Emilia zajmowała się domem i pracą dorywczą – przędzeniem wełny, szyciem, praniem i sprzątaniem – także zarobkowo.


 

 

 

Jelenia Góra 1952 r. – Jan2, Emilia, Czesław, Maria

Jelenia Góra 1970 r. – Stanisław (brat Jana2), Emilia i jej wnuczka

Jelenia Góra 1972 r. – Jan2 Walesa z bratem Czesławem i zięciem Czesławem Szalkiem.

 

Jelenia Góra 1967 r. – Emilia, wnuczka Beatka, Jan2 i Maria.

Lublin 1987r. – pogrzeb Emilii Walesa.

 

W 1987 roku zmarła w Lublinie żona Emilia. Jan2 mieszkał jeszcze jakiś czas w Jeleniej Górze, potem przeprowadził się do córki Marii do Barlinka, a ostatnie lata mieszkał u syna Czesława w Lublinie, gdzie zmarł w 1996 roku mając 93 lata. W czasie tego długiego życia Jan2 mieszkał 2 lata w Jaskółkach, 6 lat w Niemczech w Wilhelmsburgu, 5 lat w Pruślinie, 6 lat w Kamienicach, 18 lat w Jarniewie k/Słonima, 2 lata na Syberii, 1 rok w Czust w Uzbekistanie, 4 lata w wojsku Andersa (Iran, Palestyna, Egipt, Włochy), 42 lata w Jeleniej Górze, 2 lata w Barlinku, 5 lat w Lublinie.


4.2. Wojciech Walesa 1903 - 1975

 

Wojciech Walesa, brat bliźniak Jana2, urodził się w 1903 roku w Jaskółkach w parafii Pogrzybów w gminie Raszków koło Ostrowa Wielkopolskiego. W dniu urodzenia jego ojciec Jan1 miał 32 lata, matka Agnieszka 25 lat. W 1905 roku Wojciech wyjechał z rodzicami i bratem do Niemiec (Wilhelmsburg). Powrócili w 1911 roku i zamieszkali najpierw w Rososzycach, a później w Pruślinie i Kamienicach. W 1922 roku Wojciech z rodzicami i rodzeństwem wyjechał do Jarniewa k/Słonima. W 1937 roku Wojciech mając 34 lata, zaciągnął się do francuskiej Legii Cudzoziemskiej. Szkolenie wojskowe odbył w Algerii i Maroku w Afryce.

 

Bel Abbes - Algeria 1940r. - Wojciech Walesa w czasie parady wojskowej w Legii Cudzoziemskiej.

Wojciech Walesa z medalami.

 

 

 

 

 

 

Maroko 1941r. - Wojciech Walesa z kolegami w wojsku.

Semoy - Francja 1955 rok – Wojciech Walesa (z prawej) z bratem Stanisławem.

 

Po zakończeniu II wojny Wojciech został skierowany do Wietnamu i po powrocie osiedlił się we Francji w miejscowości Semoy, 150 km od Paryża, gdzie zmarł bezpotomnie w 1975 roku.

 

 

Semoy, Francja 1948 rok, Wojciech (trzeci od lewej), obok jego żona.

 

Semoy, Francja 1967 rok – Wojciech Walesa z żoną.


 

4.3. Stanisław Walesa 1906 – 1990

 

Stanisław Walesa urodził się w 1906 roku w Wilhelmburgu koło Hamburga. W dniu urodzenia jego ojciec Jan1 miał 35 lata, matka Agnieszka 28 lat. Po powrocie do Polski mieszkał z rodzicami najpierw w Rososzycach, a później w Pruślinie i Kamienicach. W 1922 roku cała rodzina wyjechała do Jarniewa k/Słonima. W 1936 roku ożenił się z Leokadią, córką Władysława (nazwisko nieznane), pochodzącą z Ochudna pow. Pułtusk. W 1937 roku urodziła się im córka Czesława. W 1940 roku Stanisław z żoną i córką zostali wywiezieni na Syberię (Sokol, Mitinskij), gdzie córka Czesława zmarła. W 1942 roku Stanisław z żoną wyjechali z armią Andersa do Iranu, gdzie Leokadia porzuciła Stanisława. Przed przeprawą wojsk Andersa z Egiptu do Włoch, Stanisław stacjonował z wojskiem polskim w Kairze. W tym samym czasie i w tym samym miejscu stacjonował z Legią Cudzoziemską jego brat Wojciech, ale oni o tym nie wiedzieli i chociaż byli tak blisko siebie nie spotkali się. Stanisław, podobnie jak jego brat Jan2, przeszedł szlak bojowy z Andersem, najpierw był sanitariuszem a później przeszedł 6-miesięczny kurs i został czołgistą.

 

1944 rok – Ankona (Włochy).

 

W bitwie pod Ankoną Stanisław Walesa walczył jako strzelec wieżowy jednego z czołgów 4 Pułku Pancernego "Skorpion".

 

Na zdjęciu zerwana przez minę gąsienica czołgu dowódcy pułku „Skorpionów” ppłk. Stanisława Glińskiego.

 

Po wojnie Stanisław osiedlił się w Walii, gdzie 7 lat pracował przy budowie tamy. W Walii ożenił się z Franciszką Gnutek, urodzoną w 1914 roku we wsi Dębina, powiat Chełm, woj. lubelskie, córką Mariana i Pauliny Gnutków. W 1953 roku wyjechali do Londynu, gdzie Stanisław pracował przy budowie okrętów, a następnie przeprowadzili się do Leeds. W Leeds Stanisław pracował przy zakładaniu ogrzewania w sufitach. Najpierw mieszkali w małym, białym domku, później mieli większy dom, a w 1968 roku kupili duży dom w dzielnicy willowej. Stanisław i Franciszka nie mieli dzieci.

 

Leeds 1955 rok - Stanisław Walesa z żoną Franciszką

Leeds 1979 rok - Stanisław Walesa przed swoim domem z siostrą Marianną i wnuczką Marianny, Annaliese.

 

Stanisław Walesa zmarł w 1990 roku w Leeds, żona Franciszka zmarła w 2000 roku.


 

4.4. Agnieszka Walesa 1908 – 1933

 

Agnieszka Walesa urodziła się w 1908 roku w Wilhelmsburgu (Hamburg). W dniu urodzenia jej ojciec Jan1 miał 37 lat, matka Agnieszka miała 30 lat.

 

Metryka urodzenia Agnieszki Walesa z 1908r.

Tłumaczenie metryki.

 

Po powrocie z Niemiec Agnieszka z rodzicami i rodzeństwem mieszkali najpierw w Rososzycach, a później w Pruślinie i Kamienicach. W 1922 roku wyjechali do Jarniewa k/Słonima. W 1928 roku Agnieszka mając 20 lat wyszła za mąż za Ludwika Tokarskiego (1900 – 1940), syna Stanisława Tokarskiego (1875 – 1940).

 

 

Mąż Agnieszki, Ludwik Tokarski

Oto krótka historia rodziny Tokarskich opisana przez Justynę Tokarską, żonę Zygmunta

Tokarskiego, syna Ludwika i Agnieszki z Walesów

 

Ludwik Tokarski, ojciec mojego męża, urodził się w 1900 r. w Korczewie n/Bugiem. W latach 1926–1928 odbywał służbę wojskową w Słonimie na ówczesnych kresach Rzeczypospolitej. W tym samym czasie i miejscu służył w wojsku Jan II Walesa i to najprawdopodobniej ich znajomość była praprzyczyną poznania się Ludwika i Agnieszki.

Ślub Ludwika i Agnieszki odbył się w 1928 r. Po odbyciu służby wojskowej Ludwik wraz z żoną powraca do rodzinnego Korczewa n/Bugiem, od tego momentu Agnieszka już nigdy nie spotkała się z rodzicami i rodzeństwem.

Ludwik był robotnikiem najemnym, miał smykałkę do maszyn, pewnie po ojcu Stanisławie, który w Korczewie był kowalem. Takie umiejętności nie były w owym czasie zbyt powszechne, dlatego Ludwik nie miał chyba większych problemów ze znalezieniem pracy. Zygmunt wspominał, że jego ojciec obsługiwał lokomobilę, co budziło powszechny podziw.

W roku 1929 Ludwik i Agnieszka zostali rodzicami, urodziła im się córka Ludwika. Ludwik znalazł kolejną pracę w majątku Chotycze ok. 20 km od Korczewa i tam zamieszkali. W Chotyczach w roku 1931 urodził się mój przyszły mąż Zygmunt.

Następną pracę Ludwik podjął w Sokołowie Podlaskim w majątku Przeździatka, gdzie zamieszkał razem z małżonką Agnieszką, córką Ludwiką i malutkim Zygmuntem. W styczniu 1933 przyszedł na świat drugi syn Edward.

W 1933 r. w Sokołowie panowała epidemia tyfusu. Choroba nie ominęła także rodziny Tokarskich, w maju jako pierwsza zmarła czteroletnia Ludwisia, a tydzień później umiera jej matka Agnieszka mająca 25 lat. Pochowano je na cmentarzu w Sokołowie Podlaskim przy ul. Szopena.

 


 

 

Zygmunt i Edward

Dwuletni Zygmunt i czteromiesięczny Edek z ojcem wracają do Korczewa, gdzie dziadkowie pomagają Ludwikowi opiekować się chłopcami. Ludwik podjął pracę w majątku w Korczewie, taka mała stabilizacja nie trwała jednak długo, w 1939 umiera matka Ludwika, w maju 1940 umiera ojciec, a w listopadzie umiera Ludwik. Chłopcy pozostali pod opieką osiemnastoletniego brata Ludwika – Tadeusza mieszkającego w Korczewie.

To jeszcze nie koniec pasma nieszczęść, które dotykają Zygmunta i Edka, w roku 1943 wybuchł w Korczewie wielki pożar, spaleniu uległ również dom Tokarskich, Tadeusz i chłopcy wynajęli pokój w sąsiedniej wsi Knychówek. Niedługo potem w niewyjaśnionych okolicznościach ginie w lesie opiekun chłopców Tadeusz. Zaczęły się najtrudniejsze czasy dla chłopców, zmieniali się opiekunowie, była bieda. Sytuacja uległa zmianie, gdy opiekę nad chłopcami przejęła kolejna siostra Ludwika – Zofia, zwana „ciocią Zosią”. Zofia zamieszkała w Sokołowie Podlaskim w wynajętym mieszkaniu, podjęła  racę jako księgowa i zabrała do siebie Zygmunta i Edka. Stworzyła im prawdziwy dom, kochała ich jak swoje dzieci do końca życia, mimo że wyszła za mąż i urodziła troje swoich. To był bardzo ważny okres w życiu chłopców, to wtedy ukończyli szkoły.

Edek już jako pełnoletni przeniósł się do Warszawy  pod opiekę kolejnej siostry Ludwika Zuzanny i podjął studia na Uniwersytecie Warszawskim. Podczas studiów poznał Alicję Kaczorowską, z którą ożenił się i urodziły im się dwie córki Ewa i Aleksandra.

Zygmunt pozostał w Sokołowie, pracował jako urzędnik w spółdzielczości. Tu się poznaliśmy i wzięliśmy ślub w 1958 r. Często odwiedzaliśmy grób jego matki Agnieszki i siostry Ludwiki, opowiadał mi, że nie pamiętał mamy i nie mógł sobie wyobrazić jak wyglądała. Jedyne jej zdjęcie jakie się zachowało było umieszczone na pomniku, lecz zostało zniszczone przez wandali.

Poznałam kiedyś pewną kobietę, która mieszkała w Korczewie w sąsiedztwie Tokarskich, jeszcze przed śmiercią Agnieszki i Ludwiki. Osoba ta opowiadała mi, że Agnieszka była bardzo miła i ciepła, była niedużego wzrostu i miała piękne, długie włosy splecione w warkocze. I tylko tyle.

Z Zygmuntem mieliśmy troje dzieci: Cezarego 1960 r., Jarosława 1961 r. i Urszulę 1962 r. Dzieci dorosły, skończyły studia, założyli swoje rodziny.


 

 

Zygmunt i Justyna Tokarscy z dziećmi: Cezarym, Jarosławem i Urszulą.

Alicja, Edward, Ewa i Ola Tokarscy


 

 

Zygmunt z Edkiem byli bardzo ze sobą związani uczuciowo, rodziny nasze często się spotykały, ciągle wspominali swoje dzieciństwo i wracali myślami do matki Agnieszki i jej korzeni. Początkowo snuli plany odnalezienia rodziny matki, ale nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Pomału pogodzili się z myślą, że już nigdy jej nie odnajdą.

Zygmunt zmarł w styczniu 2012 r. i został pochowany obok swojej matki i siostry na cmentarzu w Sokołowie przy ul. Szopena. Edward zmarł w kwietniu 2014 r. a jego żona Alicja trzy dni później, zostali pochowani podczas jednej ceremonii na cmentarzu Brudnowskim w Warszawie. Nigdy nie poznali swoich krewnych ze strony matki Agnieszki.

 

Zygmunt Tokarski

Edward Tokarski

 


 

 

Justyna Tokarska

 

 

 

 

Droga Justyno, dziękujemy Ci serdecznie za tę garść wspomnień o Agnieszce i o rodzinie Tokarskich. Jeszcze kilka lat temu mieliśmy o Agnieszce tylko nikłe informacje, nic nie wiedzieliśmy o tym, że wyszła za mąż za Ludwika Tokarskiego i że ich rodzina tak się rozrosła. Ale dzięki Twojemu dociekliwemu i wytrwałemu synowi Jarosławowi jesteśmy tu razem. Jarku, dziękujemy Ci bardzo za odnalezienie nas i połączenie na powrót naszych rodzin.

Jarosław Tokarski

 


 

 

 

 

4.5. Marianna Walesa 1914 – 2008

 

 

 

 

Marianna Walesa urodziła się w 1914 roku w Pruślinie koło Ostrowa Wielkopolskiego. W dniu urodzenia jej ojciec Jan1 miał 43 lata, matka Agnieszka 36 lat. Marianna była szóstym dzieckiem Jana1 i Agnieszki. W 1921 roku Marianna rozpoczęła naukę w szkole podstawowej.


 

Zdjęcie szkolne z 1922 roku. Jest to najstarsze zdjęcie z archiwum rodziny Wałęsów. Dziewczynka w białym fartuchu i kokardą we włosach, to Marianna Walesa, mająca wówczas 8 lat. Na odwrocie zdjęcia znajduje się krótki opis: „Dzieci szkolne z miejscowości koło Ostrowa Wielkopolskiego. Nauczyciel Towiński”. Niestety nie podano jaka to miejscowość. Dziewczyna na środku zdjęcia nad nauczycielem, to prawdopodobnie Agnieszka Walesa, mającą wówczas 14 lat.        fot. P.Schoen, Zduny


 

W 1922 roku Marianna z rodzicami i rodzeństwem wyjechała do Jarniewa k/Słonima.

 

 

Jarniewo 1929 r.

 

Marianna Walesa z koleżankami.

 

Zofia,

  Janka,

    Władzia,

      Marianna,

        Janka

 

W 1929 roku Marianna, mając 15 lat, wstąpiła do klasztoru Bernardynek w Słonimie i po roku czasu została wysłana do podobnego klasztoru w Orgaville we Francji. W 1936 roku wskutek choroby musiała powrócić do Jarniewa. W 1937 roku Marianna wyszła za mąż za Stanisława Jakubasa (1906 – 1979), osadnika z Małopolski, zamieszkałego w Zawodnym Lesie koło Słonima w województwie Nowogródek. Związek został zawarty w Okunicy (Okuninowo) pow. Słonim.

Odpis aktu małżeństwa Marianny Walesa i Stanisława Jakubasa, zawartego w 1937 roku.

Jarniewo 1937 r. – ślub Marianny Walesa i Stanisława Jakubasa. Obok Marianny, Maria Jakubas (siostra Stanisława), obok Stanisława drużka Władzia, mężczyzna po prawej stronie w krawacie w białe grochy, to brat Stanisława, Piotr Jakubas. Z tyłu dziewczyna w ciemnej sukni w białe kwiatki, to Jadwiga, narzeczona Czesława, brata Marianny.

 

Mąż Marianny, Stanisław Jakubas i cała jego rodzina (ojciec Paweł Jakubas, matka Petronela z domu Cerek i rodzeństwo: Feliks, Aniela, Władysław, Franciszka, Maria i Piotr), przybyli na Kresy Wschodnie z Kaliny Wielkiej koło Miechowa, woj. krakowskie. „Historia Jakubasów” opisana jest na stronie  http://www.jakubas.pl/genealogia/Historia-Jakubasow.htm

Marianna z mężem Stanisławem i synem Ryszardem, urodzonym w 1938 roku, zostali w lutym 1940 roku wywiezieni na Syberię do lesopunktu Krutaja Osyp (Крутая Осыпь - Strome Piargi) w powiecie Totma, województwo Wołogda. Oto karta Marianny z Indeksu Represjonowanych:

 

 

Na Syberii Marianna pracowała w osadzie Krutaja Osyp i opiekowała się 2-letnim Ryszardem oraz córką Reginą urodzoną w 1940 roku. Mąż Stanisław pracował przy wyrębie lasu. Przez pierwsze dwa lata warunki pracy i życia były katorżnicze. Zesłańcy mieszkali w ziemiankach i barakach z bardzo prymitywnym ogrzewaniem i przez 6 dni w tygodniu, z minimalnym wyżywieniem i w lichym ubraniu, pracowali w lesie i w osadzie. Wskutek trudnych warunków bytowych i braku opieki lekarskiej córka Regina zmarła na koklusz i wówczas Marianna podupadła na zdrowiu. Stanisław wskutek wycieńczającej pracy i odmrożeń utracił mięśnie prawej dłoni i nadgarstka. Te okoliczności miały decydujący wpływ na dalsze ciężkie losy rodziny Marianny i Stanisława. Stanisław wskutek bezwładu dłoni nie mógł myśleć o zaciągnięciu się do armii Andersa. W 1943 roku urodziła się córka Halina. Do sierpnia 1944 roku Marianna z rodziną przebywali w Krutaja Osyp, Marianna zajmowała się dziećmi, a Stanisław był zatrudniany do różnych prac w osadzie. Warunki stawały się coraz gorsze, brakowało żywności, z warzyw była tylko cebula i ziemniaki, w lecie gotowało się zupę z pokrzywy, a w zimie zbierało się w lesie zamarznięte jagody. Brak sprawności prawej dłoni bardzo utrudniał Stanisławowi wykonywanie prac, musiał nauczyć się posługiwać lewą ręka, a gdy niezbędne było użycie obu rąk, np. przy kopaniu ziemi lub koszeniu trawy, musiał przywiązywać sobie prawą dłoń do styliska łopaty lub kosiska.

Pod koniec 1944 roku Marianna ze Stanisławem, Ryszardem i Halinką wyruszyli w drogę powrotną do Polski, najpierw zostali przetransportowani do sowchozu Frunze koło Odessy (patrz punkt 3 w karcie), a po dwóch latach, w 1946 roku, ostatecznie opuścili ZSRR i zostali skierowani do wsi Wronów w gminie Siciny, pow. Góra na Dolnym Śląsku. Wronów położony jest dość blisko (około 100 km) od rodzinnych miejscowości rodziny Walesów Raszkowa, Pruślina i Ostrowa Wielkopolskiego. Wronów był poniemiecką wsią Braunau, z której w 1945 roku zostali wysiedleni Niemcy. Historię Wronowa przedstawiono na stronie http://www.jakubas.pl/genealogia/Historia-Wronowa.htm 

Oto karta ewakuacyjna rodziny Marianny wydana przez Polsko – Radziecką Komisję Mieszaną, na której odnotowywano przydzielone rzeczy, produkty żywnościowe i pieniądze.

 

Karta ewakuacyjna rodziny Jakubas. Najważniejszy wpis, to notatka PUR (Państwowy Urząd Repatriacyjny) w Górze Śląskiej: „Przydzielono gospodarstwo rolne we wsi Wronów Nr 16. Góra 20.IV.46”. Inne wpisy:

·        „4 osoby - 4 kg cukru, 7 kg kaszy, 8 kg soli, 26.IV.46r.”

·        „Wydano 1 marynarkę, 1 kamizelkę, 1 spodnie”

·        „jedna wyprawka”

·        „Wypłacono pomocy doraźnej 2000 zł”.

Góra 1947 rok – Akt Nadania gospodarstwa wystawiony przez Ministerstwo Ziem Odzyskanych: grunty rolne 9 hektarów, dom, stodoła, obora i kurnik, krowa lat 9 maści czerwono – białej.

 

Przybywając do Wronowa w 1946 roku, rodzina Marianny i Stanisława, zastała tę wieś już od ponad roku zasiedloną przez Polaków przybyłych z Kresów Wschodnich (Białoruś, Ukraina) i z Wielkopolski. Prawie wszystkie domy były zajęte zaś dom i zabudowania przydzielone rodzinie Marianny były najgorsze we wsi, małe i zniszczone. Nie było w nich już żadnych mebli, sprzętu, narzędzi ani maszyn. Marianna zajmowała się dziećmi zaś Stanisław musiał jedną sprawną ręką wszystko organizować i uprawiać ziemię, nie mając nawet konia. Aż trudno uwierzyć, że w tak trudnych warunkach rodzina zapewniła sobie znośny byt materialny.

 

 

Wronów 1950 rok

 

Marianna i Stanisław Jakubasowie z dziećmi:

 

Ryszard (ur.1938 r.),

Jadwiga (ur.1946 r.),

Eugeniusz (ur.1948 r.),

Halina (ur.1943 r.).

 


 

Trudy, jakie znosiła rodzina Marianny i Stanisława w pierwszych latach powojennych, łagodziły warunki wiejskie. Rodzina miała krowę, zaczęła uprawiać zboże i warzywa, hodować świnię oraz kury. Z kilku poniemieckich drzew w sadzie były owoce, zaś z lasu były jagody, borówki, grzyby, maliny i jeżyny. Pomoc sąsiedzka też miała duże znaczenie. Ze strony państwa początkowo były ulgi w postaci umarzania części podatków i obowiązkowych dostaw zboża i mięsa, ale gdy Stanisław odmówił przystąpienia do kołchozu, organizowanego na wzór sowiecki, nastąpiły szykany i utrudnienia. Rodzina nie była w stanie wywiązać się z wygórowanych podatków i obowiązkowych dostaw, więc zabierano świnie i krowy, ale na szczęście nie zabierano ostatniej krowy. Gdy nie było już co zabierać, sekwestrator zajął stary rower. Zabranie roweru też było uciążliwą karą, ponieważ dla 7-osobowej rodziny był to niezbędny środek lokomocji. W tym czasie tylko ze sprzedaży nadwyżek mleka, jajek i drobiu rodzina miała jakiekolwiek pieniądze, potrzebne na bieżące wydatki - ubrania, zeszyty, podręczniki, przybory szkolne dla dzieci. Nie było żadnej możliwości, aby wyremontować stary dom i budynki gospodarcze, nie mówiąc o zakupie czegokolwiek nowego. Autor Eugeniusz pamięta, że w domu i w gospodarstwie często były potrzebne gwoździe, ale ojca nie było stać na ich kupno, więc wyszukiwało się stare, pokrzywione i zardzewiałe gwoździe poniemieckie, które przed użyciem trzeba było najpierw wyprostować.

W 1960 roku syn Marianny i Stanisława, Ryszard, ożenił się z Janiną Sobala, córką Antoniego Sobali z Sicin i wyprowadził się do Kłody Małej koło Góry, a później do Konradowa koło Wschowy.

Wszystkie dzieci Marianny i Stanisława brały udział w pracach polowych, sianokosach, żniwach, sadzeniu i kopaniu ziemniaków oraz w pracach przydomowych przy uprawie warzyw, pasieniu i dojeniu krów, doglądaniu drobiu, zbieraniu owoców, darciu pierza, itp.

Po nabyciu konia, Stanisław stosował sprzężaj z gospodarzem Koszem, posiadającym również jednego konia. Wspólnie zakupili pług oraz kosiarkę do trawy i do zboża. W latach 1964-67 Eugeniusz (16-19 lat), za pomocą tego sprzężaju orał ziemię oraz kosił trawę i zboże.

Najcięższymi pracami wiejskimi były żniwa i młócenie zboża. W pierwszych latach powojennych zboże kosiło się kosą i wystarczyły do tego dwie osoby, koszący i wiążący snopki, ale takie żniwa trwały bardzo długo. Później kosiło się zboże kosiarką konną, a snopki wiązała cała rodzina. Jedno pole około 0,5 ha kosiło się jeden dzień w rażącym słońcu i w parnym powietrzu. Gdy kosiarka ścięła jeden pokos i utworzyła porcje ściętego zboża, należało szybko związać te porcje w snopki za pomocą powrósła. Robiło się je biorąc w dłonie dwa kiście ściętego zboża i splatając je końcami. Każda osoba związywała kilkadziesiąt snopków każdego pokosu. Gdy zboże było czyste można było zdążyć z wiązaniem bez zatrzymywania kosiarki, ale często w zbożu był oset i mocno kłuł w ręce, co powodowało trudności i opóźnienia w pracy. Ale i na oset znalazł się sposób, po prostu nie zwracało się na niego uwagi, udawało się, że go nie ma i że nic nie kłuje. Dopiero wieczorem w domu widać było skutki tej metody - ręce po łokcie pokłute do krwi.

Młócenie odbywało się za pomocą młocarni, napędzanej spalinowym motorem. Do jej obsługi potrzebnych było około 14-17 osób. Snopy zboża były podawane na młocarnie przez dwie osoby (jedna osoba rozcinała powrósła i podawała rozcięte snopy drugiej osobie, wpuszczającej je do młocarni), jedna osoba podczepiała do młocarni worki na ziarno i po ich napełnieniu odstawiała je na bok, dwie osoby nosiły te worki na plecach na strych domu lub w inne suche miejsce, jedna osoba odgarniała plewy spod młocarni, sześć osób odbierało słomę z młocarni i wiązało je w snopy, jedna osoba podawała te snopy na stertę i dwie osoby układały tę stertę. Najcięższa była praca przy odbieraniu i wiązaniu słomy wydostającej się z młocarni; kurz, jaki przy tym powstawał, był nie do opisania, niemal całkowicie utrudniał oddychanie. Równie wyczerpujące było całodzienne podawanie ciężkich snopów żyta na młocarnię. Autor pamięta, że kilkakrotnie przy tej pracy był bliski omdlenia, ale nie mógł przerwać pracy, ponieważ młocka nie mogła być zatrzymana. Po zakończeniu młócenia w jednym gospodarstwie, młocarnię przewożono do następnego gospodarstwa i każda rodzina, u której odbyła się młocka, musiała odrobić dniówki u wszystkich gospodarzy, którzy u nich pracowali.

Pieniędzy w rodzinie Marianny i Stanisława prawie nigdy nie było. Gdy wyniknęła jakaś pilna potrzeba finansowa, któreś ze starszych dzieci brało kilka kur i jechało rowerem lub szło pieszo, sprzedać je na targu we Wschowej (11 km) lub w Górze (15 km). Gdy była to jesień, zbierało się w lesie żołędzie i sprzedawało w punkcie skupu.

 

Na zdjęciu Eugeniusz z siostrą Anią na podwórku we Wronowie w 1964 roku. Oto wspomnienia Eugeniusza związane z tym zdjęciem:

Jest to moje ulubione zdjęcie z tamtych czasów, wszystkie elementy widoczne na nim mocno wryły się w moją pamięć.

Sankami, widocznymi na pierwszym planie, zwoziłem z ojcem z lasu drewno na opał. Sanki były również wykorzystywane do kuligów wiejskich.

 Narty, które przypinam, to cała historia. Jedna narta była poniemiecka, jesionowa, znaleziona na strychu, a drugą dorobiłem sam z obżynka sosnowej deski. Aby zagiąć szpic narty, musiałem moczyć go i naginać w gorącej wodzie w garnku na kuchni. Dwa widoczne krzywe patyki, to oczywiście kijki narciarskie. Siostra patrzy na mnie z niedowierzaniem (politowaniem?) i zapewne myśli - co też brat zdziała na tej niemiecko-polskiej produkcji? A ja zapiąłem narty i poszedłem na górkę „za Skoczylasem”, gdzie w wielkim wyrobisku po żwirowni spędziłem radosne chwile na biegach i zjazdach.

Wóz na drewnianych kołach służył naszej rodzinie do końca pobytu we Wronowie (1975), rodzina nigdy nie dorobiła się wozu na gumowych kołach.

Dwa drzewa, widoczne z tyłu za chylącym się do upadku kurnikiem, też dobrze pamiętam. Pomiędzy nimi umocowaliśmy drewnianą belkę, do niej przywiązaliśmy dwa sznury z kawałkiem deski, i tak powstała wspaniała huśtawka.

 


 

 

 

 

 

 

Wronów 1964 rok – Marianna z kurami.

Halina karmiąca kurczaki.

 


 

 

Jadwiga na rowerze.

Eugeniusz na Siwku.

Ania z koleżanką Wandą Kowalik.

 

 

Życie w tamtych czasach, to nie były tylko same cienie, były również blaski. Oprócz zajęć szkolnych, które jedni lubili bardziej inni mniej, znajdowało się czas na różnego rodzaju zajęcia i zabawy z kolegami i koleżankami: gra w piłkę (nożną, ścienną, dwa ognie), pływanie w rzece, łowienie ryb, zbieranie grzybów i jagód, budowanie szałasów, zabawy w podchody, w wojnę na miecze (drewniane), strzelanie z łuków, huśtanie się na brzozach, gra w klasy, w kamyki, w noża, w klipę, w zimie narty, łyżwy i kuligi. W starszym wieku zabawy oczywiście zmieniły się i chodziło się na potańcówki i zabawy wiejskie.


 

 

 

W okresie wakacji pracowało się przy rwaniu lnu lub przy sadzeniu drzew. W 2015 roku Eugeniusz odwiedził miejsca gdzie 55 lat wcześniej sadził las i ze wzruszeniem patrzył na duże sosny wyrosłe z maleńkich sadzonek wtykanych w dołki i obsypywanych piaskiem. Pracowało się również przy pielęgnacji szkółek leśnych, np. przy obcinaniu dolnych gałęzi młodych sosen. Po takiej pracy w młodniku, Eugeniuszowi pozostała pamiątka w postaci blizny, po przecięciu siekierą palca u lewej nogi, a sposób opatrzenia rany, zaordynowany wówczas przez gajowego: „posikać i obwiązać szmatą”, do dziś wywołuje lekki szok.

Wronów 2015-Eugeniusz w „swoim” lesie sadzonym w 1962r.

 

W 1975 Marianna ze Stanisławem przeprowadzili się z Wronowa do syna Eugeniusza do Wojcieszyc k/Jeleniej Góry. Stanisław zmarł w 1979 roku, mając 73 lata. Marianna przeprowadziła się do córki Haliny do Sosnowca, gdzie zmarła w 2008 roku mając 94 lata. W czasie swego długiego życia Marianna 2 lata mieszkała w Pruślinie, 4 lata w Kamienicach, 7 lat w Jarniewie k/Słonima, 6 lat we Francji, 2 lata znów w Jarniewie, 2 lata w Zawodnym Lesie, 5 lat na Syberii, 2 lata na Ukrainie k/Odessy, 30 lat we Wronowie na Dolnym Śląsku, 7 lat w Wojcieszycach k/Jeleniej Góry i 27 lat w Sosnowcu. 


 

4.6. Czesław Walesa 1915 – 1975

 

Czesław Walesa urodził się w 1915 roku w Pruślinie koło Ostrowa Wielkopolskiego. W dniu urodzenia jego ojciec Jan1 miał 44 lata, matka Agnieszka 37 lat. W 1922 roku Czesław z rodzicami i rodzeństwem wyjechał do Jarniewa k/Słonima. W 1939 roku Czesław ożenił się z Jadwigą (nazwisko nieznane) i mieszkali w Słonimie. Po wojnie wyjechali do Nowego Stawu koło Malborka. Czesław pracował jako milicjant kolejowy. W 1947 roku urodził się syn Zbigniew.

 

W latach 1936 – 1938 Czesław służył w wojsku w marynarce wojennej.

Nowy Staw k/Malborka 1948 r. – Czesław Walesa z żoną Jadwigą.


 

 

 

 

Wronów 1950 rok – syn Czesława, Zbigniew (ur.1947), Halina i Jadwiga Jakubas (córki Marianny i Stanisława).

Nowy Staw k/Malborka 1954 r. – Czesław Walesa, Maria Walesa (córka Jana2), żona Jadwiga i syn Zbigniew.

 

Czesław Walesa zmarł w 1975 roku.


 

 

4.7. Jadwiga Walesa  1917 - 2005

 

 

Jadwiga Walesa urodziła się w 1917 roku we wsi Kamienice koło Ostrowa Wlkp. Ojciec Jan1 miał wówczas 46 lat, matka Agnieszka miała 39 lat. Jadwiga była ósmym, ostatnim dzieckiem Jana1 i Agnieszki. W 1922 roku Jadwiga z rodzicami i rodzeństwem wyjechała do Jarniewa k/Słonima. W 1936 roku Jadwiga wyszła za mąż za Stanisława Fieduka, leśnika w Samarowiczach koło Zelwy. Był to ślub wymienny, wcześniej brat Jadwigi Jan2 ożenił się z siostrą Stanisława, Emilią Fieduk. Dalsza rodzina Fieduków żyje do tej pory na Białorusi, m.in. w miejscowości Łazduny, gdzie proboszczem jest ks. Jerzy Fieduk.

 

Jadwiga i Stanisław po ślubie zamieszkali w Sierakówce u rodziców Stanisława, Józefa i Marii Fieduków, którym pomagali w gospodarstwie. Sierakówka była małą osadą w lesie, 16 km od Słonima. W 1937 roku w Sierakówce urodziła się córka Wanda, w 1938 roku syn Ludwik. W czasie wojny urodziła się Danuta (1941) i Czesława (1943).


 

 

Jadwiga Walesa i Stanisław Fieduk.

Huta Szklana 1953r. – Jadwiga z córką Wandą

 

 

Słonim 1944r. – Wanda Fieduk u wujka Czesława Walesy.

 

 

 


 

Córka Jadwigi Wanda tak wspomina czasy wojenne i powojenne: „W czasie wojny żyliśmy w ciągłym strachu, albo przed Niemcami, albo przed Rosjanami (partyzantami). Pewnej nocy partyzanci wyprowadzili ojca na rozstrzelanie, a my – trójka dzieci: ja 6 lat, Ludwik 5 lat i Danusia 2 lata, lamentując biegliśmy za ojcem i płacząc uratowaliśmy go.

Po wojnie, w ramach repatriacji Polaków z Kresów Wschodnich, przyjechaliśmy na Ziemie Zachodnie do Gorzowa Wielkopolskiego. Wieźli nas w wagonach towarowych razem z krową, żywicielką naszej rodziny. W Gorzowie staliśmy w wagonach na dworcu przez 2 tygodnie. Ojciec szukał w okolicach Gorzowa gospodarstwa. Owszem, spotykał ładne i umeblowane domy oraz zadbane gospodarstwa, ale rodzice obawiali się, że Niemcy powrócą na te tereny i odbiorą swoje domy i gospodarstwa. Zdecydowali więc wyjechać w okolice Krzyża Wielkopolskiego i zamieszkali w ubogim domu w Hucie Szklanej. Krzyż Wielkopolski i Huta Szklana były miejscowościami poniemieckimi, ale leżały bardzo blisko granicy polsko – niemieckiej z 1939 roku. Huta Szklana położona jest w odległości około 200 km od rodzinnych miejscowości rodziny Walesów - Raszkowa, Kamienic i Ostrowa Wielkopolskiego. Razem z nami w Hucie Szklanej zamieszkała babcia Agnieszka, która wróciła z Syberii.

Gospodarowaliśmy na 13 ha ziemi. Rodzice ciężko pracowali, aby utrzymać 6-osobową rodzinę. W międzyczasie urodziły się siostry: Lonia (1947r), Renia (1953r.) i brat Marian (1956r.). Gdy rodzice pracowali w polu ja opiekowałam się młodszym rodzeństwem.

Władze partyjne namówiły ojca, aby wstąpił do Spółdzielni Produkcyjnej. To pomogło. Sytuacja materialna w naszej rodzinie poprawiła się. Między innymi mogliśmy się kształcić.

W 1955 roku wyszłam za mąż za nauczyciela Juliana Prowińskiego. W 1956 roku urodziłam syna Romualda i przeprowadziliśmy się z mężem do Niekurska koło Trzcianki, gdzie Julian objął stanowisko kierownika szkoły.

Huta Szklana 1955r. – ślub Wandy Fieduk i Juliana Prowińskiego.


 

Huta Szklana 1951 r. – starsze dzieci Jadwigi i Stanisława Fieduków.


 

Huta Szklana 1961 rok – ślub Danuty Fieduk (2) i Łucjana Bilona (1). Rodzice Danuty, Jadwiga i Stanisław Fieduk (3-4), babcia Danuty, Agnieszka Walesa z domu Błaszczyk (5), Grażyna Prowińska (6), Marek-Marian Fieduk (7), Jan Walesa (8), Felicja Bilon (14), Czesława Fieduk (16), Ludwik Fieduk (20), Bożena Bilon (21), Zbigniew Walesa (22), Maria Walesa (23), Bogdan Bilon (24), Wanda Fieduk (26), Czesław Walesa (27), Julian Prowiński (28), Emilia Walesa (29), Romuald Prowiński (30), ojciec Łucjana, Ludwik Bilon (31). Matka Łucjana, Helena Bilon (34).


 

Huta Szklana 1971 rok - Jadwiga Fieduk z córkami: Danutą, Czesławą, Renatą, Wandą i Lonią.

Huta Szklana 1975r. – Jadwiga i Stanisław Fiedukowie z synem Marianem i wnukiem Grzegorzem (synem Ludwika).

 

Jadwiga Fieduk zmarła w 2005 roku. Mąż Stanisław zmarł wcześniej, w 1998 roku.


 

5. Zakończenie

 

Przedstawiona Historia rodu Wałęsów z Wielkopolski stanowi udokumentowaną genealogię oraz dzieje rodziny Wałęsów, wywodzącej się z gminy Raszków w Wielkopolsce. Historia ta nie obfituje w jakieś spektakularne wydarzenia, ale autorom było niezmiernie przyjemnie odkrywać karty z przeszłości rodziny. W Historii przybliżyliśmy losy przodków i miejsca, gdzie mieszkali na przestrzeni 150 lat (1820 – 1970). Prezentowane w Historii drzewo genealogiczne obejmuje okres jeszcze dłuższy, prawie 200 lat (1820 – 2016) i występuje w nim 160 osób. Opisaliśmy szczegółowo wielu przodków Wałęsów, ale było ich kilkadziesiąt tysięcy i z oczywistych względów (brak dokumentów) nie mogliśmy zaprezentować ich wszystkich. Uświadomiliśmy sobie jednak, jak wiele istnień ludzkich, ile niepowtarzalnych jednostek z różnorodnymi osobowościami i charakterami przyczyniło się do tego, że dzisiaj istniejemy i próbujemy dowiedzieć się, kim jesteśmy i skąd przybyliśmy.

Gdybyśmy wzięli dowolny moment w dziejach świata, np. dzień 1 stycznia 1000 roku, to w dniu tym żyło kilka tysięcy genetycznych przodków Wałęsów. Miejsca ich życia były bliskie lub dalekie, niektórzy byli sąsiadami, a inni mieszkali w dalszych regionach, a nawet w różnych krajów. Lata i wieki płynęły, plemiona wędrowały, następowały okresy wojen i pokojów. W każdym kolejnym pokoleniu liczba przodków Wałęsów z Wielkopolski zmniejszała się, aż nastąpił moment, że było ich czworo (nasi dziadkowie), potem dwoje (rodzice) i niedługo potem urodziliśmy się my. Pełna historia rodu musiałaby objąć tych kilka tysięcy przodków i byłaby zapewne niezmiernie ciekawa, szczególnie w kontekście, kim byli i skąd przybyli na ziemie polskie. Niestety, w większości przypadków nie przetrwał po nich żaden dokument, żaden przekaz ustny ani żadna pamiątka.

Zdarzenia zachodzące w życiu ludzi zaczęto spisywać dopiero po upowszechnieniu się pisma - najpierw dotyczyły one królów, książąt i biskupów, potem stanu szlacheckiego, a od połowy XVII wieku ludzi wszystkich stanów. To wielkie szczęście, że w przepastnych szufladach archiwów kościelnych i państwowych oraz w zbiorach rodzinnych znaleźliśmy wiele dokumentów dotyczących Wałęsów. Były to: metryki urodzeń, małżeństw i zgonów, informacje o wyjazdach i podróżach, o pobytach w różnych miejscach, o chorobach, o udziale w wojnach i pobycie na zesłaniu, o pracy i o wykonywanym zawodzie. Zgromadziliśmy i zaprezentowaliśmy również na kartach Historii kilkadziesiąt zdjęć Wałęsów i ich rodzin od pierwszej dekady XX wieku, czyli od początków fotografii. Ze zdjęć widzimy jak oni wyglądali, jak zmieniali się z biegiem lat i poprzez to patrzenie jeszcze bardziej związaliśmy się z nimi.

Autorzy dziękują wszystkim członkom rodziny za przychylność i pomoc w gromadzeniu dokumentów, metryk, opisów, przekazów, zdjęć i wspomnień rodzinnych. Przypuszczamy, że nie dotarliśmy jeszcze do wszystkich dokumentów i zdjęć, ale niech to pozostanie okazją do kontynuacji poszukiwań przez następnych genealogów rodzinnych.

Pewnym mankamentem niniejszego opracowania jest brak wspomnień Jana1 i Agnieszki Walesów. Można je było uzyskać za czasów ich życia, ale wtedy w rodzinie nikt jeszcze nie interesował się genealogią, a teraz nie można już nic na to poradzić. Mankamentem jest również brak szerszego opisu niektórych rodzin, co wynika z niemożliwości dotarcia do ich potomków lub brak tych potomków.

W czasie pracy nad Historią odszukanie jakiegoś przodka było dla nas wielką radością, było to chwilowe przeniesienie się do jego czasów i przywrócenie nieistniejącej lub zanikającej z nim więzi. Równocześnie było to włączenie go do własnej pamięci, a często do pamięci innych członków rodziny. Dopisanie przodka do drzewa genealogicznego powodowało określenie naszej relacji do niego i zrozumienie naszego miejsca w szeregu pokoleń. Była to również okazja do refleksji na tym, kim jest człowiek i co po nim pozostaje.

Po naszych przodkach Wałęsach pozostaliśmy my i nasza pamięć, ale pozostał również mało uchwytny i rzadko uświadamiany trud ich życia. Nasi przodkowie pracowali i wychowywali dzieci w zdecydowanie trudniejszych warunkach niż dzisiaj. W swoim życiu oddziaływali na życie swoich bliskich, na codzienne czynności i decyzje w domu i w pracy, na społeczność bliższą, a często i dalszą. Mieli swoje wierzenia i poglądy i oddziaływali na wierzenia i poglądy innych, a także dokonywali wyborów i decydowali o sprawach dotyczących ogółu. To wszystko kształtowało ich społeczną, duchową i materialną teraźniejszość, a ta z kolei stworzyła przyszłość, w której my żyjemy. Żaden nasz przodek Wałęsa, chociaż rzeczywiście każdy się wałęsał, nie był znikąd, a więc i żaden z nas nie jest znikąd. Wszyscy jesteśmy zakorzenieni w rodzinach i w szerszych społecznościach, każdy daje coś innym i czerpie z innych. My też pozostawimy po sobie jakiś świat, my też wpływamy na to, jak będą żyli nasi potomkowie. W świecie, jaki otrzymaliśmy po przodkach, daje się żyć, my też pozostawmy taki przyszłym pokoleniom.

Po naszych przodkach Wałęsach pozostało coś jeszcze, co jest przydatne w genealogii. Mianowicie, możemy badać geny, jakie po nich odziedziczyliśmy. Przeprowadzając test genetyczny chromosomu Y (mężczyźni) lub test mitochondrialnego DNA (kobiety) możemy się dowiedzieć do jakiej haplogrupy, czyli do jakiego rodu genetycznego należymy. Już kilka milionów ludzi na świecie i spora liczba osób w Polsce poddało się takim testom, zbadano także w różnych miejscach na świecie archeologiczne szczątki kopalne dawno zmarłych ludzi. Na podstawie tych badań opracowano szczegółowe opisy poszczególnych haplogrup, w których określono miejsce i czas powstania danego rodu oraz szlaki migracyjne po świecie. Na pewno ktoś z rodziny Wałęsów w niedalekiej przyszłości przeprowadzi odpowiednie badania genealogiczne i przez to historia rodu Wałęsów znacznie się wzbogaci i poszerzy.

 


 

Wałęsowie oraz ich krewni i powinowaci.